Podróże

194 powody, by wyruszyć przed siebie – Nepal


Aktualna sytuacja na świecie zdecydowanie nie sprzyja podróżowaniu. Warto jednak, nie ruszając się na krok z domu, wybrać się w podróż za pomocą słów i obrazów. Dziś ruszamy w najwyższe góry świata. W drogę z lotniska w Lukli aż do podnóża Czomolungmy – do Mount Everest Base Camp. Cała trasa w obie strony zajmuje dwa tygodnie marszu. Każdego dnia przemierza się Himalaje, mając okazję zobaczyć prawdopodobnie najpiękniejsze krajobrazy na świecie. Jednym z nieodłącznych obrazków towarzyszących każdemu w tej wędrówce są karawany jaków. Zwierzęta te są dla zamieszkujących Himalaje Szerpów nieocenione i niejednokrotnie wyznaczają status ich właściciela. To właśnie o jakach i drodze do bazy wypadowej na Everest będzie dzisiejsza opowieść, w którą zabierze nas brzeżanin Krystian Ławreniuk.

Karawany jaków

Osły pracują do nieco ponad trzech tysięcy metrów, taka jest granica ich możliwości. Karawany tych zwierząt można jeszcze zobaczyć w Namche Bazaar. To ostatnia tak duża osada w drodze na najwyższą górę świata. Ostatnia, do której docierają helikoptery dostarczające rozmaite dobra, bo wyżej lądują już tylko maszyny ratunkowe i te wynajęte przez komercyjne ekspedycje. Ostatnia, do której dociera elektryczność i zróżnicowane towary. Dalej można liczyć już tylko na energię z solarów oraz wszystko to, co da się wnieść na barkach ludzi i grzbietach jaków.

Szerpowie nie bez przyczyny powtarzają, że w górach w pierwszej kolejności należy schodzić z drogi właśnie tragarzom oraz jakom. Tym pierwszym, bo na swoich barkach noszą niemal stukilogramowe ciężary. Tym drugim, bo zadzieranie z prawie toną mięśni zwieńczoną potężnymi rogami jest pomysłem co najmniej nierozsądnym. Gabaryty jaków to także powód, dla którego zawsze obchodzi się je od przeciwnej strony niż zbocze góry. Są to w dodatku stworzenia z natury złośliwe. Stają niekiedy na środku wąziutkiej drogi i celowo ustawiają się tak, by zostawić więcej miejsca nie od strony skał, a od strony stromego zbocza. Następnie wlepiają w człowieka ten pełen perfidii wzrok. Gapią się cierpliwie, zupełnie jakby chciały powiedzieć – no dalej, chodź, boisz się?

Nie jestem pewny kiedy zauważyłem, że z dnia na dzień widuję coraz mniej zwierząt, zwłaszcza tych towarzyszących człowiekowi. Pozbawione tlenu powietrze i surowe warunki sprawiają, że wraz z wysokością znikają kolejne gatunki. Najpierw osły, później koty i psy, następnie niewielkie i bardzo silne konie. Wreszcie zostają tylko jaki. Zwierzęta, które dla wielu mieszkańców Himalajów stanowią główny, a niekiedy jedyny środek utrzymania przy życiu. Zdrowy jak jest na dachu świata czymś bezcennym. Z jego wełny można zrobić ciepły sweter, czapkę lub szal. Mleko tych zwierząt jest przez niektórych cenione bardziej niż mleko matki. Ser i masło, które się z niego otrzymuje, stanowią pożywny dodatek do niezbyt zróżnicowanej diety Szerpów.

Nie wiem dlaczego zapadła mi w pamięć właśnie ta jedna karawana jaków. Pierwszy raz widziałem ją w drodze do klasztoru Tengboche. Długa nitka majaczących gdzieś w oddali włochatych zwierząt. Dopiero pół dnia później zbliżyły się na tyle, bym mógł zobaczyć je wyraźnie. Były objuczone potężnymi, jednakowymi plecakami ozdobionymi wszystko mówiącym logotypem. Ekspedycja na Mount Everest.

Mijaliśmy się kilkukrotnie, trochę jak w bajce o żółwiu i zającu. Gdy w nagłym przypływie energii wyprzedzałem całą karawanę, jaki zerkały na mnie spod byka, zirytowane tym, że robię niepotrzebne zamieszanie. Kilka godzin później te same zwierzęta mijały mnie niespiesznie, gdy odpoczywałem przed kolejnym podejściem. Spoglądały wówczas na mnie kpiąco, stawiając niewielkie kroki. Mozolnie, niespiesznie szły cały czas przed siebie.

Ostatni raz widzieliśmy się w iście księżycowym krajobrazie. W miejscu, w którym nie rośnie już właściwie nic i niewiele istot jest w stanie przeżyć. Niedaleko znajduje się Everest Base Camp. Baza, z której wyruszają ekspedycje na szczyt Czomolungmy. Tamte jaki przeszły pewnie drogę z Namche do Base Campu jeszcze nie jeden raz. Są jednak wyprawy, które wyruszają w znacznie bardziej niedostępne miejsca. Tam jaki, po spełnieniu swojej powinności, ze zwierząt jucznych stają się zwierzętami rzeźnymi. Bo mięso jest wartościowe. Bo gdzieś pośrodku pustki bardziej opłaca się zwierzę zjeść, niż zwierzę żywić.

W Gorakshep, u podnóża Kala Pattar, starszy mężczyzna szczelnie opatulony gore-texową kurtką podaje mi duży strunowy woreczek z czerwono-brązową zawartością. To jerky – oczyszczone z tłuszczu i mocno zasuszone mięso. Paski wygodnego do transportowania pożywienia o dużej zawartości białka. Tyle zostaje na końcu z jaka.

349 views