Podróże

194 powody, by wyruszyć przed siebie


Jest początek października, zbliża się noc, a ja stoję na hotelowym tarasie, dwadzieścia pięter nad ruchliwą ulicą południowokoreańskiej stolicy. Przede mną szklane ściany gigantycznego centrum handlowego. Gdzieś daleko po lewej z czarnego nieba odcina się smukły kształt wieży widokowej N Seoul. Powietrze wypełnia warkot silników. Zimy wiatr coraz wyraźniej przypomina, że zaczęła się już jesień. A przecież dzień wcześniej zmagałem się z okropnym tajwańskim upałem. Kilka dni temu chodziłem boso po plaży Morza Wschodniochińskiego, smażyłem kraby na rozżarzonych węglach w knajpie Milk Cow w przemysłowym mieście Taichung.

Seul, Korea Południowa

Wydaje mi się, że dopiero co przyjechałem, a tak naprawdę minęły prawie trzy tygodnie i następnego dnia trzeba będzie wracać do domu, do Polski. Gdybym tylko mógł, byłbym w drodze przez cały czas. Tak jak lubię najbardziej, bez jasnego celu, bez planu, bez zbędnych bagaży i zbędnych osób. Tylko wtedy da się naprawdę poznawać nowe miejsca. Wtedy też zawiera się najwięcej jednorazowych znajomości. Poznaje się najwięcej niesamowitych ludzi, którzy podróżują w ten sam sposób i mają do opowiedzenia swoje historie.

Podczas tej jesiennej wyprawy do Korei Południowej i Tajwanu zdarzyło się wiele przedziwnych rzeczy. Już sam fakt, że poleciałem tam głównie po to, aby zjeść kolację z dziewczyną, której nigdy nie wiedziałem na żywo, zapowiadał dość niestandardową historię. To wszystko jednak temat na osobną opowieść.

Stojąc na tarasie koreańskiego hotelu, uzmysłowiłem sobie, że kilka dni temu uwierzyłem, iż jestem częścią jakiegoś wielkiego łańcucha ludzi błąkających się po świecie. Jednego wieczora w moich rękach, za sprawą zwykłego telefonu komórkowego, zbiegły się drogi ludzi z różnych stron świata, których spotkałem podczas swoich wędrówek.

Tradycyjne koreańskie bulgogi z „niewielką” ilością dodatków

Siedziałem z grupą Filipinek w Tajwanie, coraz wyraźniej czując, że miasto Taichung to miejsce, w którym chętnie spędziłbym kilka miesięcy. Dzwonek telefonu przerwał mi delektowanie się gorącym kociołkiem pełnym owoców morza. To Kunga, mój przyjaciel Szerpa, z którym dwa tygodnie szedłem kiedyś przez Himalaje. Wracał właśnie spod Everestu do swojej górskiej wioski i chciał się dowiedzieć, co słychać, bo widział, że jestem w Azji. Na Facebooku Japonka Eri, którą poznałem kiedyś w Gruzji, niemal w tym samym czasie napisała, że była w Taichung dwa dni przed tym, gdy przyjechałem. Postanowiłem dołożyć swoje kilka groszy i zupełnie bez powodu wysłałem wiadomość do chłopaka poznanego niegdyś w Kaliningradzie. Człowiek jeździł do swojej dziewczyny  na stopa cztery tysiące kilometrów, gdzieś w dalekie rosyjskie pustkowie i pomyślałem sobie, że coś nas łączy. Okazało się, że mnie nawet pamięta, chociaż spędziliśmy ze sobą raptem kilka godzin. Jak miałbym zapomnieć człowieka, który w środku nocy polarnej jedzie sam za koło podbiegunowe, aby polować na zorzę – odpisał, wspominając przy tym, że trzeba będzie którego dnia umówić się w Polsce i na spokojnie pogadać.

Budda czuwający przy świątyni w przemysłowym mieście Taichung w Tajwanie

Jeśli zrobiłem w życiu coś mądrego, to jest to zdecydowanie dołączenie do tego łańcucha ludzi. Głęboko wierzę w to, że spotkamy się jeszcze nie raz, gdzieś daleko od pięciogwiazdkowych hoteli, wakacji all-inclusive, zorganizowanych wycieczek, oklepanych atrakcji turystycznych, najwygodniejszych połączeń… nigdzie po prostu, gdzieś pośrodku nigdzie.

Mam w zanadrzu kilkadziesiąt historii – opowieści o dziwnych miejscach i niesamowitych ludziach. Mogę opowiedzieć o chłopakach z nepalskiej mafii; Japonce, która szyje czerwone czapeczki swojemu nigdy nienarodzonemu dziecku; Filipince poznanej na azjatyckim portalu randkowym, ukraińskim żołnierzu piszącym wiersze w okopach Doniecka…

Opowieści mają jednak sens tylko wtedy, gdy ma ich kto słuchać. Jeśli znajdą się osoby, które chcą je poznać, to w tym miejscu co jakiś czas będę pisał o swoich 194 powodach do tego, by wyruszyć przed siebie.

Krystian Ławreniuk

Reklama
480 views