Film
Kultura

Hejt bez skrupułów recenzja filmu „Sala samobójców. Hejter” reż. Jan Komasa


„Sala samobójców. Hejter” to film ważny i potrzebny. Zaangażowany społecznie, w którym jak kalka odbijają się współczesne frustracje i ambicje. To film o zjawisku, które stało się zmorą i największym przekleństwem internetowej rewolucji. To film o młodych ludziach bez kręgosłupa moralnego, pozbawionych skrupułów, z wypranymi mózgami i o dorosłych, którzy nauczyli się na tym żerować i zarabiać. O hejcie, który stał się nieodzownym elementem świata show-businessu i wielkiej polityki. Swoim najnowszym filmem „Sala samobójców. Hejter” Jan Komasa powraca do
swojego reżyserskiego debiutu. Nie jest to jednak sequel i zaledwie w kilku scenach dostajemy tu odniesienia do bohaterów pierwszej „Sali samobójców”.


Tomek (w tej roli Maciej Musiałowski) to młody student prawa Uniwersytetu Warszawskiego, który na skutek popełnionego plagiatu zostaje wydalony z uczelni. Tomek jest ambitny i nie godzi się ze swoim losem – biednego chłopaka ze wsi, który nie ma szans w starciu z wielkomiejską młodzieżą z bogatych, inteligenckich rodzin. Zakochuje się w córce swoich dobroczyńców i jego życiowym celem staje się zdobycie względów dziewczyny. Za wszelką cenę. Rozpoczyna pracę w agencji
PR-owej, na której czele stoi Beata Santorska (Agata Kulesza). Działalność agencji to tak naprawdę sposób na zarabianie dobrych pieniędzy za oczernianie w sieci osób publicznych na zlecenie. Także za fabrykowanie kłamstw. Nie ma tu żadnego miejsca na moralność czy etykę. Tragedia zaczyna się gdy internetowe hejty przenoszą się na ulice, a umysły poddane propagandzie nienawiści są zdolne do najgorszych czynów. Nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście o zamordowaniu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Oglądając ostatnie sceny filmu Komasy nasze wspomnienia tragicznych wydarzeń z Gdańska ożywają. To naprawdę wbija w fotel.

Komasa to obok Pawlikowskiego najgorętsze nazwisko w polskim kinie. Jego reżyseria pozbawiona jest kompleksów. Czuć tu precyzję i mądrość wyjątkowego twórcy. Siłą tego filmu jest jednak fantastyczny scenariusz. Dialogi, które nie pozwalają odwrócić wzroku od ekranu. To zaledwie trzeci film Mateusza Pacewicza, ale już wiemy, że to jeden z najciekawszych i najbardziej obiecujących polskich twórców. Zresztą już po „Bożym ciele” wszedł do pierwszej ligii. Mam taką nadzieję, że ten duet reżyser/scenarzysta stworzy jeszcze niejeden wielki film. Zaczęli na bardzo wysokim poziomie. Komasa stworzył tu kolejną przepustkę do spektakularnej aktorskiej kariery. W końcu w „Sali samobójców” szerokiej publiczności pokazał się Jakub Gierszał, a po „Bożym ciele” kreacja Bartosza Bieleni zyskała wręcz międzynarodowe uznanie i rozgłos. Tym razem główna rola trafiła do absolwenta łódzkiej filmówki Macieja Musiałowskiego. Musiałowski zadanie udźwignął, tworząc pełnokrwistą, wielowymiarową kreację w filmie. Jego dalsze losy zależą więc od kolejnych projektów. Miejmy nadzieję, że u tych najlepszych. W drugim planie mamy także całą plejadę doskonałych aktorskich występów. Zwłaszcza Agata Kulesza, Danuta Stenka i Maciej Stuhr – mieli co grać i zagrali to rewelacyjnie. Aż się prosi o więcej Komasy, a mniej Vegi w polskim kinie. I tu zamilknę, żeby nie być posądzony o hejterstwo. Właśnie edukacyjny walor tego filmu wymaga tu szczególnej uwagi. Wychodząc z filmu przyjrzymy się samym sobie jakoś uważniej. Jacy jesteśmy, co wspieramy? Czy może nazbyt nie krytykujemy i nie oceniamy ludzi wokół? Czy nie ulegamy stereotypom? W końcu credo samego Andrzeja Wajdy brzmiało tak: „najważniejszą rolą kina jest, aby ludzie zaczęli myśleć”. Po wyjściu z najnowszego filmu Komasy autorefleksji z pewnością nie zabraknie.
Ocena 8/10
Marcin Wolniak

377 views