Felieton
Film
Kultura

Krótki felieton kinomana


Czas letniej kanikuły. Pytanie: co robić z wolnym czasem? Wprawdzie jeden doskonały pomysł już jest, ale przecież nie można pić bez przerwy… Dla mnie, nałogowego kinomana, wybór jest oczywisty. Zwłaszcza że już można, a ja – z przyczyn oczywistych – od lutego jestem na kinowym odwyku.

Wybór padł na jedno z wrocławskich kin. Razem z synem przejrzeliśmy repertuar i postanowiliśmy obejrzeć klasykę: „Imperium kontratakuje”. Wprawdzie w oryginalnej wersji językowej, ale to nie powinno nastręczać problemów, bo choć moja znajomość angielskiego nie jest najlepsza, to przecież fabułę znam na pamięć.

Tak więc zarezerwowaliśmy bilety, żeby – o naiwności – w kinie nie okazało się, że zabraknie dla nas miejsc. Tym bardziej, że obecnie ich ilość w salach jest mocno ograniczona. Już po podejściu do ruchomych schodów widać różnicę od stanu sprzed kwarantanny.

Schody były ruchome tylko z nazwy, bo też czy opłaca się uruchamiać je tylko dla nas dwóch? W kinie jedna osoba za ladą obsługuje bar, a przy okazji sprzedaje i kasuje bilety. Wewnątrz kina – upiorna cisza. Na sali – tylko my dwaj. Krótka wizyta w toalecie przywróciła mi wiarę w ludzi. Oprócz nas w kinie były jeszcze trzy osoby, ale na innych seansach.

Z kina wyszedłem zadowolony, bo w końcu po pięciu miesiącach przerwy mogłem oglądać film na dużym ekranie (nie licząc letniego kina plenerowego). Mimo to naszła mnie smutna refleksja… Przecież fanów srebrnego ekranu nie brakuje i to znacznie bardziej zagorzałych ode mnie.

Dlaczego więc kino świeciło pustką? Bo przecież taki szczegół, jak brak nowości nie powinien nikogo zniechęcać. 

Janusz Pasieczny

Reklama
200 views