Aktualności

Legenda o sołtysowej spod Grodkowa, którą wskrzesił zachłanny grabarz


W Półwiosku usytuowanym nieopodal powiatowego wtedy Grodkowa, zmarła dość nagle, złożona jakąś zagadkową chorobą, młoda żona miejscowego, dziedzicznego sołtysa. W okazałym sołtysim dworze zapanowało ogromne przygnębienie. Pan domu wprost uwielbiał swoją urodziwą połowicę. Powszechnie szanowała ją również dworska służba. Zrozumiałe zatem, że ciało zmarłej kobiety ubrano na drogę w zaświaty we wspaniałą białą suknię z koronkami i przystrojono z wielkim przepychem w kosztowną biżuterię, zwłaszcza drogocenne, nasadzane szlachetnymi kamieniami złote pierścienie, po czym włożono do wyściełanej pięknymi jedwabiami, bogato zdobionej trumny.

Nazajutrz niezwykle liczny kondukt pogrzebowy udał się na miejsce wiecznego spoczynku do pobliskiego Grodkowa (Półwiosek nie miał bowiem swojego cmentarza). W kondukcie uczestniczyli bodaj wszyscy mieszkańcy wsi. A była to osada całkiem sporych rozmiarów. Zanim jednak trumnę spuszczono do wnętrza mogiły, grodkowski grabarz zdołał zauważyć znajdujące się na palcach zmarłej kosztowne pierścienie. Toteż z miejsca zaświtała mu w głowie diabelska wręcz decyzja... Zakopał zatem trumnę byle jak, wrzucając przy tym do dołu zamiast ziemi dużo zwiędłego listowia i wszelakiego zielska, gęsto porastającego cmentarz.

Kiedy zaś nad całym Grodkowem zapadły już na dobre nocne ciemności, grabarz zapalił w domu niedużą latarnię, wziął z kąta sieni łopatę i chyłkiem, między drzewami i grobami, udał się na świeży grób sołtysowej. Tutaj bez specjalnego pośpiechu wprawne ręce odkopały niestarannie usypaną mogiłę i wydobyły z wnętrza dołu ciężkie wieko dębowej trumny. Jak dotąd wszystko przebiegało gładko i zgodnie z założeniami makabrycznego planu.

Pewne kłopoty zaczęły się dopiero wtedy, gdy z nieco nabrzmiałych palców nie dało się po prostu zdjąć drogocennych pierścionków, migających w bladym blasku płomyka latarni. Mężczyzna wyjął więc ze spodni swój podręczny, pokaźnych rozmiarów kozik, aby odciąć nim palce zmarłej. Ledwie jednak zdołał go otworzyć, ledwo błysnęło cienkie niczym brzytwa jego ostrze, gdy stała się rzecz niebywała, mrożąca krew w żyłach…

Biało odziany trup sołtysowej otworzył nagle oczy, usiadł i odezwał się normalnym, chociaż chyba trochę przychrypłym, ludzkim głosem. Co wypowiedziały sine usta „zmartwychwstałej" kobiety, tego rzecz oczywista grabarz już nie dosłyszał, uciekł bowiem oszalały z przerażenia, potykając się raz po raz o mogiły i bluszcze, do swej samotnej, biednej chałupiny.

Na miejscu zbrodni pozostała tylko łopata, zapalona latarnia, otworzony kozik i... z niemałym trudem gramoląca się z grobu, przemarznięta do szpiku kości, trzęsącą się ze strachu, blada jak śmierć sołtysowa.

Niewiasta wszak wcale nie umarła, lecz zapadła jedynie w głęboki letarg. Teraz zaś, bezpardonowo tarmoszona i deptana przez niecnego grabarza, po prostu się przebudziła. Wydostawszy się wreszcie z grobu, z grubsza pojęła, gdzie się znajduje i co się z nią mogło stać. Wzięła więc zapaloną latarnię i dygocząc z zimna, z duszą na ramieniu, udała się w drogę do pobliskiego Półwioska.

Nim „zmartwychwstała" sołtysowa dotarła do domu, minęła już północ. Tymczasem we dworze, po tak wyczerpujących, nerwowych, tragicznych dniach, wszystkich mieszkańców zmorzył na dobre twardy sen. Kobieta długo zatem musiała dobijać się do bram własnej zagrody. Krzyczeć biedaczka nie miała sił. Psy zaś, natychmiast wyczuwszy swą panią, przestały ujadać i jedynie skomląc, biegały uradowane koło bramy.

W końcu jednak ten i ów z czeladzi przebudził się. Gdy ludzie ujrzeli dobijającego się do zagrody „ducha" sołtysowej, żegnając się z przerażenia, pognali czym prędzej po pana domu. Dopiero ten, po krótkim namyśle i wahaniu, odważył się otworzyć bramę i wpuścić... małżonkę do środka zagrody.

Po pewnym czasie, kiedy nabrano przekonania, że to jednak nie żaden „duch", a prawdziwa i żywa gospodyni, we dworze zapanowała powszechna radość. Do rana nikt nie zmrużył już oka. Zrozumiałe, po takich nieprawdopodobnych wprost wydarzeniach.

Sołtysowa żyła jeszcze pełne siedem lat i urodziła nawet kilkoro dzieci. Nigdy jednak na jej twarzy nie pojawił się jakiś uśmiech. Nie dawała jej spokoju przede wszystkim myśl, że gdyby nie niecny czyn grabarza najprawdopodobniej obudziłaby się w zamkniętej trumnie i tym samym byłaby skazana na powtórną, okrutną śmierć przez powolne duszenie się z powodu braku dostępu świeżego powietrza. Myśl ta była tym bardziej przykra, że jak powszechnie opowiadano wśród gminu, grabarz (który przepadł gdzieś niczym kamień w wodę) miał ponoć popełnić samobójstwo.

Aliści tak naprawdę dalsze losy grodkowskiego grabarza były zgoła inne, wcale nie tragiczne. Oczywiście, nigdy już nie dowiedział się o powtórnym życiu sołtysowej. Jeszcze tej samej bowiem niefortunnej nocy cichaczem opuścił rodzinny Grodków i uciekł przed jakże wyrozumiałą w owych czasach Temidą aż za ocean, do Ameryki Północnej. Tutaj zaś osiadł w jakiejś niedużej mieścinie, gdzie znalazł zatrudnienie w swoim potrzebnym przecież w każdym cywilizowanym społeczeństwie zawodzie, a jako dobry fachowiec na brak zajęcia raczej nie narzekał. Wiadomo, Ameryka!

W Nowym Świecie prowadził jednak bardzo bogobojny, uczciwy, samotniczy żywot, rzadko kiedy zaglądając do saloonu. Miejscowi traktowali go jak dziwaka. On natomiast pragnął przede wszystkim odpokutować podły zamiar obrabowania zwłok pięknej sołtysowej z podgrodkowskiego Półwioska.

Źródło: Janczak Julian: Legendy zamków Śląskich. Wrocław, 1999.