Aktualności
Muzyka
Wywiad

Na planie „Dziewczyn z Dubaju” czułam się jak hollywoodzki reżyser


Wywiad z Marią Sadowską przy okazji pracy nad filmem „Dziewczyny z Dubaju” i premiery albumu „Początek nocy”.

Marcin Wolniak: Po 6 latach od ostatniej płyty wydałaś nowy album, „Początek nocy”. To jest bardzo ciekawy album, różnorodny muzycznie i stylistycznie. To był Twój zamysł, żeby na jednym krążku połączyć tak różne gatunki, z których Cię już znamy? Takie jak jazz czy elektronika? 

Maria Sadowska: Nie robiłam jakiś dużych założeń. Po prostu pisałam piosenki. W zależności od dnia i humoru. Moje życie jest przesiąknięte różnymi gatunkami muzyki i ja się w tych różnych gatunkach poruszam. Siłą rzeczy to wszystko znalazło tu swoje odzwierciedlenie. Każda płyta jest odzwierciedleniem mojej duży, a ta jest najbardziej osobistą z moich płyt. Wydaje mi się, że spajającą warstwą tej płyty są teksty oraz mój vocal. Natomiast oddaję tu też hołd wszystkim gatunkom, które kocham. Powracam też do mojej ukochanej muzyki elektronicznej, tanecznej. Pomimo że od lat gram taką muzykę z dj-ami na żywo, to dawno tego gatunku nie było słychać na moich płytach. Miałam poczucie, że już trochę skostniałam w tym około jazzowym klimacie moich poprzednich krążków, ale nie robiłam założeń. Pisałam to, co mi w duszy gra.

MW: Ostatnio rozmawiałem z Kasią Cerekwicką o tym, że w Polsce trudno jest o dobrego producenta. Takiego, który rozumie też zamiary artysty. Czy Tobie udało się takiego znaleźć do pracy nad tą płytą?

MS: Zdecydowanie tak. Uważam Jarka Barana za mój osobisty skarb. Chociaż oczywiście on współpracuje też z innymi artystami. Wspaniale mi się z nim pracowało. Mówiąc szczerze, do tej pory sama w większości produkowałam swoje płyty. Jeżeli pojawiał się jakiś producent, to raczej współproducent, który pomagał od strony technicznej. Tym razem doszłam do wniosku, że już dosyć bycia tą „Zosią Samosią” i że chcę nawiązać z kimś ciekawą współpracę. Wcale nie było to łatwe. Szukałam i próbowałam robić tą muzykę z kilkoma producentami. Piosenka „Wolno umierać” miała sześć różnych wersji, od różnych osób. Kiedy Jarek pojawił się na horyzoncie i wysłał mi swoją wersję, to od razu wiedziałam, że to jest to brzmienie, którego szukam i potrzebuję. Ta wersja jest właśnie na płycie. Jarek jest też strasznie fajną osobą i fantastycznie nam się razem pracowało. Nagrywaliśmy tą płytę w Krakowie. Uważam, że Jarek jest naszym skarbem narodowym, bo rzeczywiście nie ma wielu takich producentów. Niezwykle wyczulonych muzycznie i z takim poczuciem tego, co jest ważne w muzyce teraz. Jarek potrafi wygenerować naprawdę dobre brzmienie. 

MW: Słyszałem, że jakiś czas temu dostałaś od swojego męża ukulele i to właśnie na tym instrumencie powstawały piosenki na nowy album. Czy dzięki temu instrumentowi łatwiej było Ci pisać proste piosenki, bez kombinowania? 

MS: Dokładnie tak. Do tej pory najczęściej komponowałam na fortepianie. Ta moja dusza jazzowa zawsze mnie ciągnęła w różne strony. Zawsze mi się wydawało, że takich prostych piosenek, to nie ma co pisać. Niech sobie inni piszą, a ja będę wymyślać wynalazki. Tym razem miałam ukulele, chociaż znam na nim tylko parę akordów. Mimo, że gram na nim już 3 lata. Natomiast na tych paru akordach jest zbudowana większość piosenek, około 95% piosenek na świecie. Poczułam radość z komponowania takich prostych piosenek. Takich, które każdy mógłby z gitarą zaśpiewać przy ognisku. To taki mój powrót do prostego songwritingu. Lubię to słowo po angielsku, bo po polsku nic tak dobrze nie oddaje tego klimatu. Większość piosenek z tej płyty powstała na ukulele i myślę, że to słychać. Chociaż na tej płycie najważniejsze są teksty. 

MW: Na tym albumie słychać mądre teksty, nie tylko o miłości. Myślisz, że we współczesnej muzyce zbyt małą uwagę zwraca się na słowo? Chyba dominuje jednak banał i teksty jak z disco polo. Kiedy się ostatni raz widzieliśmy, powiedziałaś bardzo mądre zdanie: „muzyka disco polo jest dla duszy tym, czym dla ciała jest fast food”. 

MS: Oczywiście, że tak. Bardzo jest przykre to, co się dzieje. Przestaliśmy się wstydzić i dbać o nasze wnętrze. Teraz ludzie się wręcz szczycą tym, że słuchają disco polo. Uważam, że to jednak jest szkodliwe, nie obrażając muzyków disco polowych. Rozumiem, że ta muzyka też jest potrzebna, ale nie w tak dominujący sposób, w jaki jest to obecnie promowane. To będzie miało katastrofalne skutki dla narodu. Staniemy się narodem wyłącznie konsumpcyjnym w kwestii kultury. Nie poszukującym, nie tworzącym jakiejś ciekawej tożsamości kulturowej. Bo jaką tworzyć tożsamość na bazie takiego poziomu, takich tekstów i muzyki, takiego wyrazu. Nie chcę być taką inteligentką, która załamuje ręce. Bardzo bym chciała, żeby zwykli ludzie słuchali też piosenek, które coś jednak mówią. To niestety jest edukacja i praca. Natomiast gdy widzę, że dzieci na akademiach szkolnych śpiewają Zenka Martyniuka, to naprawdę ręce opadają. Jeżeli od dziecka się mówi komuś, że to jest fajne, to będzie tak dalej. Ja nie składam broni i ciągle mam wiarę, że jest wielu ludzi, którzy potrzebują czegoś lepszego i będą potrafili także to docenić. 

MW: We współpracy z Leszkiem Możdżerem, stworzyłaś fantastyczną piosenkę „Marakeczi”. To chyba jedna z moich ulubionych piosenek z nowego albumu. Ten utwór jest inspirowany Twoją podróżą do Maroka. Czy takie podróże, odkrywanie nowych miejsc i kultur, są dla Ciebie równie ważne jak te podróże muzyczne?

MS: Ja kocham podróże. Dopóki nie miałam dzieci, to podróżowaliśmy dużo po świecie z plecakiem. Kocham też podróże artystyczne. One są inne. Dużo jeździłam z filmami po festiwalach filmowych. To było akurat wyjątkowe wydarzenie, bo to była podróż teatralna. Moja przyjaciółka, reżyserka teatralna Joanna Grabowiecka, została zaproszona na festiwal teatralny. Wcześniej razem wyreżyserowałyśmy sztukę „Wanda”, o Wandzie Rutkiewicz, w teatrze w Bielsku-Białej. Tym razem nie miałyśmy gotowego przedstawienia, ale Joanna stwierdziła, że coś ma napisane i że właściwie będziemy tworzyć to przedstawienie w drodze. Tak też się działo. Tworzyliśmy to przedstawienie w drodze, próby trwały w podróży, na lotnisku, we wszystkich miejscach, które odwiedzaliśmy po drodze. I tak trafiliśmy do miasta Zagora, na pustyni, gdzie odbywał się festiwal. Były tam trupy teatralne z całego świata – z Francji, z Niemiec, z Wielkiej Brytanii, z Afryki. Mieszkałyśmy w takim budynku, który był prawdziwą wieżą Babel. Było to niesamowite doświadczenie. Co ciekawe, wygraliśmy ten festiwal. Zagraliśmy to przedstawienie tylko raz, dla arabskojęzycznej publiczności, w dodatku po polsku. Dostaliśmy Grand Prix na tym festiwalu. Później pojechaliśmy jeszcze na pustynię, gdzie właśnie spadł deszcz. To się zdarza bardzo rzadko, więc byliśmy świadkami innego oblicza pustyni. Powiedziano nam, że musimy uciekać, bo rzeka, która pędzi już takim korytem w naszą stronę, może nam odciąć drogę powrotu do cywilizacji. Faktycznie jadąc samochodem, widzieliśmy spienioną rzekę, która niemalże nas goniła. Udało nam się jednak bezpiecznie wrócić. Te wszystkie nasze przygody opisuję właśnie w piosence „Marakeczi”. 

MW: Jesteś reżyserką filmową, masz na koncie tak głośne obrazy jak „Dzień kobiet” czy „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”. Czy ciężko jest kobiecie uprawiać ten zawód? Patrząc na różne rozdania nagród filmowych, to wśród topowych reżyserów są głównie mężczyźni. 

MS: Przykro mi jest to mówić, ale niestety istnieje taki szklany sufit. My, kobiety – reżyserki, staramy się jakoś zrzeszać i walczyć o siebie. Tak jak nigdy nie czułam się dyskryminowana ze względu na płeć w świecie muzycznym, to jednak w świecie filmowym już tak. Myślę, że chodzi tu przede wszystkim o pieniądze. Tam, gdzie w grę wchodzą duże budżety, pojawia się też szklany sufit i mniejsze zaufanie do kobiet. Dopóki to są małe, kameralne filmy, kino psychologiczne, to wszystko jest ok. Trudniej jest, gdy mowa o  większej odpowiedzialności finansowej. Ja jednak jestem też troszkę zaprzeczeniem tego stereotypu. Udało mi się przełamać tą sytuację. Kiedyś Piotr Woźniak-Starak, a teraz Doda i Emil Stępień zawierzyli mi z bardzo wysokobudżetowymi produkcjami. Natomiast z całą pewnością nie jest łatwo. O nagrodach to nawet nie ma co mówić, bo nagrody raz są, a innym razem ich nie ma. Bardziej chodzi po prostu o pracę. Trudniej jest kobiecie – reżyserce pracę znaleźć i pracę dostać. Mówię to z pełną świadomością. Obserwuję to zwłaszcza u moich licznych koleżanek. A mamy wiele świetnych reżyserek w Polsce. Ten problem dotyczy nie tyle kina arthouse’owego, ale takiego kina rzemieślniczego. Na przykład reżyserowania seriali filmowych. Powstaje mnóstwo seriali o kobietach, dla kobiet, ale większość z nich jest reżyserowana przez mężczyzn. Świat się zmienia. Jest coraz więcej kobiet – reżyserek także w Hollywood. Nie zdarzało się wcześniej, żeby takie duże superprodukcje Marvela były robione przez kobiety, a teraz tak się zdarza. Zdarzają się reżyserki, które robią duże kino przygodowe, ale nadal jest takie myślenie, że kobieta powinna robić film o kobietach. Kobiecie raczej nie da się do zrobienia filmu o gangsterach. 

MW: Tu zaprzeczeniem jest Kathryn Bigelow, która robi kino wojenne. 

MS: No tak. Kathryn Bigelow jest wspaniała i przeciera dla nas szlaki. Przykre jest jednak to, że na Oscarach wciąż brakuje kobiet. Tak samo w Polsce, na Festiwalu w Gdyni. Jest jeszcze dużo do zrobienia. Gdybym przywołała tu statystyki, to one nie są za wesołe jeśli chodzi o zatrudnienie kobiet w tym komercyjnym sektorze. 

MW: Za Tobą już plan zdjęciowy do „Dziewczyn z Dubaju”. Zadałem ostatnio to pytanie Dodzie, zadam je także Tobie. Co było najtrudniejsze w pracy na tym planie? A także co najmilej wspominasz i jak oceniasz Twoją współpracę z Dodą jako producentką? To nietypowe, że dwie wokalistki znalazły się na planie filmowym.

MS: Z Dodą nam się świetnie współpracuje. Nas wiele różni i wiele łączy. To, co nas różni jest tylko na korzyść tego filmu. Uważam, że nie ma sensu robić filmu z ludźmi, którzy się z tobą zgadzają i mają takie same poglądy na wszystko. To, że my pochodzimy z różnych muzycznych i estetycznych światów, jest w tym przypadku bardzo korzystne. My nawzajem od siebie czerpiemy, nawzajem się od siebie uczymy. Jako producentka Doda się bardzo sprawdziła. Ona ma duży zmysł filmowy. Sama zrealizowała większość swoich teledysków. To się czuje i to się tutaj bardzo przydało. Łączy nas to, że jesteśmy starymi wyjadaczkami show-businessu. Z niejednego pieca chleb jadłyśmy. Jesteśmy nie do zdarcia. Jak już coś robimy to naprawdę na 200%. Śmiejemy się, że my po prostu jesteśmy taka „stara szkoła”. Ten film jest psychologicznie bardzo trudny. Jest to trudny, nieoczywisty temat. Nie ma tu w oczywisty sposób czarnych i białych sytuacji. Dobro i zło jest tu bardzo rozmyte. Na pewno trudno mi robić film o postaci, która nie jest w jednoznaczny sposób pozytywna. Nie jest też w jednoznaczny sposób negatywna. To było dla mnie duże wyzwanie, żeby te niuanse psychologiczne ująć. Wielką przyjemność sprawił mi wspaniały wizualny rozmach tego filmu. Bardzo się cieszę, że dano mi możliwość, żeby mieć takie narzędzia. Naprawdę czułam się trochę jak hollywoodzki reżyser. Mieliśmy przepiękne kostiumy, przepiękne dekoracje. Czasami przychodziłam na plan i nie mogłam w to wszystko uwierzyć. To było super wyzwanie i ogromna przyjemność. Mieliśmy też fantastycznych aktorów i aktorki. To dla reżysera wielka radość pracować, chociażby z Katarzyną Figurą. Główne role zagrały tu młode dziewczyny, ale bardzo zdolne: Olga Kalicka, Kasia Sawczuk oraz Paulina Gałązka, która gra tu niesamowicie, wręcz brawurowo. Wiemy też, że te role nie były łatwe. Śmiało można powiedzieć, że trzeba było mieć „jaja”, żeby wziąć udział w tym filmie. Mieć po prostu odwagę. 

MW: W tym roku głośno było o filmie „365 dni” w reżyserii Barbary Białowąs. Film odniósł sukces komercyjny, ale został zmiażdżony przez krytykę. Wielu zarzuca mu, że jest antykobiecy i promuje kulturę gwałtu. Myślisz, że podobne zarzuty i kontrowersje mogą pojawić się przy okazji „Dziewczyn z Dubaju”?

MS: Uważam, że w żaden sposób nie powinniśmy tych filmów porównywać. Nasz film jest zupełnie o czymś innym. Jest bardzo na kontrze do tamtego filmu. Niestety muszę się zgodzić z tą opinią. „365 dni” tylko utrwala stereotypy. Bardzo złe stereotypy o kobietach i tym bardziej jest to smutne, że zrobiły go kobiety. My jesteśmy dokładnie na przeciwległym biegunie. Na pewno nasz film będzie wywoływał duże kontrowersje. Jesteśmy na to przygotowane, bo z jednej strony temat, z drugiej także twórczynie. Często powtarzam, że filmy o gangsterach wszyscy kochamy, ale wiemy przecież, że są to ludzie, którzy mordują, torturują, gwałcą. Wiemy, że to nie są dobrzy ludzie. Mimo to zostali bardzo mocno zakorzenieni w kulturze i są kochani przez publiczność. My robimy film o kobietach, które są bardzo negatywnie oceniane przez społeczeństwo. Zadajemy sobie pytanie: jak dalece są to normy społeczne i czy mamy prawo rzucać ten kamień, zanim sobie belkę wyjmiemy z oka? 

MW: Na potrzeby tego filmu udało wam się znaleźć włoskiego amanta. Mówię tu o Giulio Berruti. Myślisz, że Giulio podbije kobiece serca i stanie się tak popularny w Polsce jak Michele Morrone? 

MS: Z całą pewnością. Giulio jest fantastycznym człowiekiem. Jest niezwykle inteligentny, ma w sobie klasę. Trzeba też tutaj wymienić Andreę Preti, który też stworzył bardzo ciekawą postać. Mamy w filmie nie jednego amanta, ale trzech. Mam nadzieję, że polskie dziewczyny się zakochają, chociaż to nie są role jednoznacznie pozytywne.

MW: Wrócę jeszcze do albumu „Początek nocy”. Na tym albumie znalazł się też duet z Kayah. Czy sama jesteś fanką jej twórczości i to był Twój wymarzony duet? Chciałem też zauważyć, że piosenka „Kocham Cię” to Twoja osobista dedykacja dla bardzo ważnej osoby. 

MS: Kayah bardzo podziwiam jako artystkę. Uważam, że jest chyba największą polską wokalistką. Taką, która ukształtowała całe pokolenie i trzymała zawsze fantastyczny muzyczny poziom. 20 lat temu piosenki Kayah mogła słuchać cała Polska i nie trzeba było się zniżać do poziomu disco polo. Można było słuchać Kayah, prawda? Zawsze byłam jej wielką fanką jako artystki, ale też bardzo lubię Kayah jako człowieka. Jest odważna, zawsze mówi to, co myśli, walczy o różne sprawy. To zdecydowanie był od lat mój wymarzony duet. Natomiast ten duet nie jest też bez przyczyny. „Kocham Cię” skomponowałam na ślub dla swojego męża, jako rodzaj przysięgi małżeńskiej. Zresztą skomponowałam ją właśnie na tym ukulele, o którym wcześniej mówiliśmy. To była w ogóle pierwsza piosenka w życiu, którą stworzyłam na ukulele i mój prezent ślubny. Na początku nie sądziłam, że tą piosenkę upublicznię. Kayah była na moim ślubie, zresztą świetnie się tam bawiła i złapała nawet bukiet. Jakiś czas później zaprosiła mnie do swojej audycji radiowej i powiedziała, że strasznie by chciała usłyszeć tą piosenkę, bo cały czas jej chodzi po głowie. Właśnie w tej audycji zagrałam ten utwór po raz pierwszy publicznie. Później odbył się koncert dla nauczycieli, który organizowałam i zadzwoniłam do Kayah z prośbą, żeby tam wystąpiła. Zgodziła się wystąpić, ale bardzo jej zależało, żebyśmy zaśpiewały właśnie tę piosenkę. Zaśpiewałyśmy w duecie i pięknie to wyszło. Wzruszyłyśmy się wtedy i od razu spytałam, czy będzie chciała nagrać ze mną ten utwór na płytę. Kayah mnie namówiła, że tą piosenkę trzeba oddać w świat, pokazać ją ludziom. Stąd ten duet. Razem śpiewamy o naszej miłości do mężczyzn, do ludzi, wszystkich, których kochamy. 

Rozmawiał: Marcin Wolniak

Marcin Wolniak – dziennikarz radiowy i prasowy, songwriter, na stałe współpracuje z Polskim Radiem Londyn i tygodnikiem Cooltura, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Opolskim, autor cyklu „Marcin Śpiewa z Gwiazdami”, w którym przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, miłośnik Oscarów i Konkursu Piosenki Eurowizji. 

Reklama
109 views