Aktualności
Brzeg
Powiat brzeski

Nauczycielem jest się cały czas, nie tylko w klasie! – rozmowa z Kordianem Zamojskim


Kordian Zamojski to, jak sam o sobie mówi, brzeżanin z importu. Urodził się w Strzelcach Opolskich. 30 lat stażu w zawodzie, na koncie stanowiska dyrektorskie w różnych szkołach. Od 15 lat pracuje w szkole podstawowej nr 8 w Brzegu. Rozmawiamy z nim o tym jak obecnie jest się nauczycielem, co to znaczy być wychowawcą i co zrobić, żeby uczniowie mieli co robić na wakacjach.

K.Ż.: Gdyby w styczniu ktoś powiedział panu, że epidemia wywróci świat do góry nogami, to uwierzyłby pan?

K.Z.: Pewnie nie. Mało tego, nie spodziewałem się nawet i jestem pełen podziwu dla nauczycieli, że tak szybko dostosowaliśmy się do nowych warunków. Wielu z nas nie miało wcześniej kontaktu z takimi technikami nauczania i trzeba było na szybko się doszkolić. Często trzeba było się podciągać na własną rękę albo korzystając z doświadczenia znajomych i najbliższych. Chociaż uważam, że największa nagroda należy się dzieciom i rodzicom, bo oni bardzo szybko się ogarnęli i doskonale funkcjonowali.

K.Ż.: Czy szkoła i nauczyciele zdali egzamin z Covidu i nauczania w tych nowych warunkach?

K.Z.: Myślę, że tak. Wiadomo, że specyfika nauczania poszczególnych przedmiotów jest bardzo różna. Zdecydowanie najtrudniej mieli nauczyciele przedmiotów ścisłych, pewnie też artystycznych. Akurat mój przedmiot można „opowiadać” na odległość. Jednak, gdy patrzę na to wszystko teraz i już zupełnie na spokojnie, to zauważam, ile nowinek, nowych rzeczy i inspirujących zagadnień pojawiło się w naszym fachu. Uważam, że dzięki temu udawało się angażować uczniów w zdobywanie wiedzy w bardzo nietypowych warunkach.

K.Ż.: Jakieś przykłady?

K.Z.: Ja na przykład realizowałem cykl lekcji o zmianach kulturowych. Niezależnie od epoki. Pomyślałem, że poproszę dzieci, żeby przebierały się w typowe dla danych czasów odzienie i przysyłały zdjęcia. Okazało się, że ten pomysł bardzo się sprawdził, bo zaangażowały się w niego całe rodziny i była to doskonała zabawa. Zresztą podobnie działo się na innych przedmiotach – było gotowanie, mierzenie sobie ciśnienia. Każdy próbował rozmaitych sposobów, żeby podsycać zainteresowanie dzieciaków lekcjami.

K.Ż.: Pan zna zdalne nauczanie z obu stron, bo łączył pan rolę rodzica i nauczyciela. Jak to się udawało?

K.Z.: Rzeczywiście na początku bywało trudno, zwłaszcza gdy nakładały się nam zajęcia. Mieliśmy dostęp do jednego komputera, gdyż córka studentka musiała korzystać ze swojego praktycznie non stop. Jednak z czasem dopracowaliśmy logistykę i radziliśmy sobie bez problemu.

Teraz diagnozowaliby mnie jako nadpobudliwe dziecko. Kiedyś byłem po prostu niegrzecznym chłopcem.

K.Ż.: Było łatwiej, czy trudniej?

K.Z.: Wydaje mi się, że pracowałem zdecydowanie więcej niż normalnie. Przygotowanie zajęć w formie elektronicznej, prowadzenie zajęć na żywo, rozsyłka, zbieranie prac domowych i zadań. Uczyłem w dziesięciu klasach, a więc ilość maili jaka do mnie dotarła była dla mnie ogromna. Założyłem specjalną skrzynkę, na którą przyszło ponad 1,5 tysiąca e-maili.

K.Ż.: Czy pandemia bardzo skomplikowała rolę wychowawcy klasy?

K.Z.: Największą trudnością był oczywiście brak kontaktu osobistego. Ja swoją pracę opieram w dużej mierze na kontakcie bezpośrednim z młodzieżą. Uważam, że w ten sposób można się dowiedzieć wielu rzeczy na temat ucznia. Był stały kontakt telefoniczny z rodzicami. Z czasem także z uczniami. Wprowadziłem taką formułę, że dzwoniłem do dzieci, żeby pogadać i podpytać jak się mają, jak się czują w czasie izolacji. Okazało się, że najbardziej doskwiera im brak możliwości kontaktu na żywo z rówieśnikami. Tak więc, bardzo szybko, gdy tylko zluzowano obostrzenia rozpoczęliśmy wspólne wyjazdy rowerowe. Był ruch, ale też czas żeby zwyczajnie porozmawiać.

K.Ż: Po przysłowiowym ostatnim dzwonku, było „Ufff, to już koniec”?

K.Z.: Powiem panu, że okazało się, że zakończenie roku wcale nie było bardziej wyczerpujące czy trudniejsze. Normalnie, w szkole, pod koniec roku jest masa obowiązków, no i problemy z dyscypliną, rozluźnieniem. Tym razem mogę powiedzieć, że uczniowie angażowali się w zajęcia praktycznie do samego końca.

K.Ż.: I zaczęły się wakacje i z tego co słyszę, to pan nie wypoczywa…

K.Z.: Hahaha. Ja mam po prostu potrzebę częstego kontaktu z młodzieżą, dlatego od lat praktykuję, nazwijmy to spotkania nieformalne, wykraczające poza to, co robimy w szkole. Oprócz wielu wycieczek szkolnych, to tworze dodatkowe spotkania, w czasie których nawiązujemy o wiele fajniejszy kontakt. Angażują się w to także rodzice. Od kilku lat łączę ważne wydarzenia i święta państwowe z luźnymi wyjściami. Na przykład jest 11 listopada, a my idziemy na „patriotyczną pizzę”.

11 listopada chodzimy na „patriotyczną pizzę”

K.Ż.: To znaczy, że element edukacyjny zostaje?

K.Z.: Tak. Idziemy, niby luz, ale zawsze zagaję chwilę o tym, co się w danym dniu wydarzyło i czemu tu jesteśmy. Zawsze chciałem, żeby udawało się wtedy zjeść tradycyjne, polskie dania, ale dzieci raczej trudno namówić do gęsiny, a więc pizza wygrywa.

K.Ż.: I nie spotyka pan oporu uczniów?

K.Z.: Nie. Nigdy nie robię z tego przykrego obowiązku. Kto chce skorzysta. Jeździmy na rowerach, chodzimy na basen.

K.Ż.: A co z wakacjami?

K.Z.: To się właśnie przeciąga na wakacje. Jeździmy na basen, jeździmy na wycieczki rowerowe. Dwa lata temu wpadłem na pomysł organizacji kolonii. W tym roku byliśmy nad morzem. Pojechało nas 16 osób. Koronawirus nieco skomplikował sprawę, ale ogarnęliśmy to organizacyjnie. A ośrodek był znakomicie przygotowany. Pojechaliśmy do Dźwirzyna pociągiem. I to też było pewnie ciekawe doświadczenie. Na miejscu masa atrakcji, fajna pogoda. Widać było, że wszyscy potrzebowaliśmy też, żeby pobyć razem jako zespół, grupa. I kolejny wypad. Tym razem w góry.

K.Ż.: I to już koniec wakacyjnych planów?

K.Z.: Myślę, że po powrocie poświęcę się rodzinie. Czeka mnie mały remont w domu. Aleee myślę, że znajdę czas na jakieś małe wypady na rowery albo na besen uda się zorganizować.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Reklama
295 views