Aktualności
Kultura
Wywiad

Nie jestem koronosceptykiem, tylko osobą logicznie myślącą!


Wywiad z Dodą przy okazji kolejnych restrykcji związanych z pandemią koronawirusa oraz pracy nad filmem „Dziewczyny z Dubaju”.

Marcin Wolniak: Prace nad filmem „Dziewczyny z Dubaju” są już bardzo zaawansowane. To jest duża produkcja, zagraniczne plany zdjęciowe. Jesteś zadowolona z dotychczasowych efektów? Co było największym wyzwaniem i co Cię zaskoczyło przy tej pracy?

Doda: Pandemia! Najbardziej zaskoczyła mnie pandemia, ponieważ pokrzyżowała trochę nasze plany na samym początku. Nie mogliśmy robić castingów, tak jak chcieliśmy. Musieliśmy robić castingi on-line. Było to uciążliwe, zwłaszcza jeśli chodzi o zagraniczną obsadę. Granice były zamknięte, więc o miesiąc opóźniły się nasze zdjęcia. To jednak wyszło nam na dobre, bo mieliśmy więcej prób. Próby zaowocowały tym, że dużo szybciej i łatwiej pracowało nam się już na samym planie. Dzięki temu nie mieliśmy wielu nadgodzin, w samej Francji zdjęcia też szły bardzo prężnie. Czy zaskoczyło mnie coś jeszcze? Zaskoczyło mnie to, że myślałam, że coś mnie zaskoczy. Jako piosenkarka, która pracowała dotąd w świecie muzycznym, myślałam, że to będzie dla mnie coś nowego. Produkowałam już wprawdzie swoje teledyski czy płyty DVD. Tak naprawdę nic mnie tutaj nie zaskoczyło. Wszystko brałam na klatę. Nad wszystkim miałam kontrolę. Powiem więcej, dużo wniosłam ze swojego świata do świata kina i filmu. Jako artystka estradowa miałam wrażenie, że jestem bardziej zahartowana w boju niż ci ze świata kina.

MW: Produkcja filmowa wiąże się z wydawaniem dużych pieniędzy. Na co poszło najwięcej, w tym przypadku? 

Doda: Wydaje mi się, że na podróże. Nie kręciliśmy tylko w Polsce, to były różne lokacje. Poza tym mieliśmy bardzo bogatą scenografię, z dużym rozmachem. Dużą wagę przykładałam też do tego, żeby sprzęt był jak najlepszej jakości. Mieliśmy bardzo nowoczesne drony i ramiona kamerowe. Gdy kręciliśmy w Cannes, Francuzi myśleli, że jesteśmy jakąś produkcją z Hollywood. 

MW: Uważasz, że wybór Marii Sadowskiej na reżysera to była dobra decyzja? Oglądając Wasze story na Instagramie, mam wrażenie, że narodziła się nowa przyjaźń w polskim show-businessie.  

Doda: Nie nazywałabym tego przyjaźnią. Mam kilku przyjaciół i oni są jak najdalej od show-businessu. Na pewno zależało mi na tym, żebyśmy się polubiły i żebyśmy miały dobry kontakt. To jest najważniejsze, jeżeli ktoś ma spędzać ze sobą razem ponad pół roku, a na planie filmowym czasami trzy miesiące dzień w dzień. Ważne, żeby złapać wspólne flow. To dosyć ciekawe zjawisko, kiedy dwie piosenkarki robią razem film. Bardzo często się zgadzałyśmy, pomimo tego, że pochodzimy z dwóch różnych światów, jeśli chodzi o estetykę muzyki. Mamy też zupełnie inne charaktery. Jednak w kwestii pracowitości, nieustępliwości, determinacji dużo miałyśmy wspólnego. Może dlatego, że już zęby zjadłyśmy na pracy na scenie, na trasach koncertowych. Nie jesteśmy z tych dziewczyn, które się łatwo da wystraszyć czy łatwo się poddają. Obie dobrałyśmy się tak, że można nas wrzucić w ogień, a wyjdziemy jeszcze silniejsze. 

MW: Film „365 dni” w reżyserii Barbary Białowąs, na podstawie książki Blanki Lipińskiej, odniósł sukces na amerykańskim Netflixie. Trochę też dzięki Tik Tokowi trafił na listę bestsellerów. Czy myślisz, że „Dziewczyny z Dubaju” odniosą podobny sukces? I czy masz zamiar także promować film na takich platformach?

Doda: Na pewno tak, ale wydaje mi się, że ludzie trochę sobie nie zdają sprawy, na czym to polega. Producentom w ogóle nie opłaca się w pierwszej kolejności sprzedawać filmu na Netflix.  Nawet światowy Netflix pokrywa koszty 1/10 naszego budżetu, więc to jest idiotyczny pomysł. Na początku najważniejsza jest premiera w kinach, a dopiero potem można myśleć o dystrybucji na takich platformach. Natomiast promocja w kinach będzie możliwa, gdy unormuje się sytuacja z wirusem. Ludzie boją się teraz chodzić do kin i do teatrów. Nie po to tyle zainwestowałam w ten obraz i tylu ludzi zaangażowałam, by teraz na sali było zajęte tylko 25% miejsc, przez jakieś idiotyczne restrykcje. Fajnie się popisywać Netflixem, że to kino światowe i cały świat może oglądać. Mi film przede wszystkim musi się zwrócić. W konsekwencji dążymy do tego, żeby film był na światowym Netflixie, ale to nie jest mój priorytet. Jako monopolista Netflix teraz rozdaje karty i powiem szczerze, że ich warunki nie są do końca satysfakcjonujące. Ważne też to, komu, na czym zależy. Jeśli komuś zależy na sławie dzięki Netflixowi to fajnie, ale dla mnie najważniejsze jest, żeby inwestorom zwróciły się pieniądze i film zarobił. 

MW: Ostatnio pojawiła się w mediach wiadomość, że jedna z aktorek filmu „Dziewczyny z Dubaju” była na planie ubrana łudząco podobnie do Natalii Siwiec. Czy to jakaś prowokacja i słuszne skojarzenie? Czy widz, oglądając ten film, będzie wiedział, o kim jest mowa? To jest powiedziane w filmie wprost?

Doda: Nie mogę tego powiedzieć, ponieważ zepsułabym niespodziankę. Chciałabym, żeby do końca ten film był owiany tajemnicą. Ze względu na Covid, nie wiadomo czy premiera będzie w styczniu. Chociaż bardzo bym chciała, niewiele więc mogę na ten temat powiedzieć. Mogę zdradzić to, że w tym filmie nic nie jest dziełem przypadku. Scenariusz, na podstawie książki „Dziewczyny z Dubaju”, powstawał prawie dwa lata. To także scenariusz na podstawie opowieści dziewczyn, które tam jeździły. Sutenerek, które zdecydowały się wszystko opisać do naszego scenariusza. Do tego dochodzą ustalenia z policją, prokuraturą, zeznania w sądzie. To nie są rzeczy wyssane z palca. Ten film jest oparty na faktach. To historia, która miała miejsce 10 lat temu, ale nie jest to jedynie historia dziewcząt, które jeździły do Dubaju. To jest trochę złudne i irytuje mnie, że wszyscy się czepili tego Dubaju. Mówiąc ogólnie, jest to historia celebrytek – eskort, które zaczynały 10 lat temu rosnąć w siłę. Świadczyły swoje usługi różnym celebrytom i osobistościom męskiej płci nie tylko w Polsce, ale też jeździły za granicę. Do Cannes, na Riwierę Francuską i między innymi do Dubaju. 

MW: Jakiś czas temu ogłosiłaś, że zawieszasz swoją muzyczną działalność. Nie brakuje Ci teraz pracy nad muzyką, koncertów, spotkań z fanami? 

Doda: Spotkań z fanami mi brakuje, ale całej reszty w ogóle mi nie brakuje.

MW: Wydawało mi się, że jako takie zwierzę sceniczne, masz we krwi tą potrzebę bycia na scenie. 

Doda: Nie. Jestem przemęczona tym. Powiem szczerze, że mija pół roku, od kiedy nie występuję na scenie i nie wiem, czy to dopiero nie początek tego dłuższego okresu. Nie brakuje mi sceny. 

MW: Ostatnio pojawiasz się w mediach także w kontekście pandemii. Czy uważasz siebie za koronosceptyka? Uważasz, że Covid to jakaś zmowa i międzynarodowy spisek?

Doda: Ja bym nie nazywała siebie koronosceptykiem, tylko osobą logicznie myślącą, zdroworozsądkową. Osobą, która od dziecka ma nawyk kwestionowania różnych rzeczy. Nie przyjmuję ślepo wszystkiego, co mi się podaje na talerzu. Zawsze muszę sama przemyśleć, przeanalizować, rozłożyć na czynniki pierwsze, zapytać ludzi. Zwłaszcza że pracuję w show-businessie i wiem jak media kłamią. Wielokrotnie byłam świadkiem głupot i wymysłów, intryg na szeroką skalę sprzedawanych publiczności. Gdybym to kiedyś opisała w książce, to nikt by w to nie uwierzył. Jeżeli z perspektywy celebrytów i mediów potrafi się tak wprowadzać ludzi w błąd, to co dopiero na szczeblach politycznych, kiedy w grę wchodzą tak ogromne pieniądze. Oczywiście wierzę, że wirus istnieje. Tak jak cała masa innych wirusów. Nie mniej boję się koronawirusa grypy. Sama kiedyś miałam koronawirusa, gdy byłam chora na krztuśca. Przez miesiąc graliśmy wtedy koncerty z Virgin. Myślałam, że oszaleję. To była straszna choroba, ale szczerze mówiąc, nie bardzo ktokolwiek się wtedy tym przejmował. W dodatku paliłam wtedy papierosy, więc już w ogóle nie było łatwo. Po miesiącu samo przeszło jak każdy wirus. Uważam, że musimy na to wszyscy przechorować. Nie uciekniemy przed tymi wirusami. To jest naturalna kolej rzeczy. Dziwię się, że rządzący nie dążą do tego, żeby spowodować odporność masową, społeczną. Zamiast tego wymyślają kolejne, idiotyczne rzeczy, które odseparowują ludzi od siebie. Nic to nie daje. Przed tym nie uciekniemy. Biedne te dzieci, które muszą chodzić w maskach i nie mogą oddychać świeżym powietrzem. Duszą się w tych piaskownicach. Czasem jeżdżę samochodem i widzę te małe dzieci. Sama nie chcę mieć dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego, ale jest mi ich tak szkoda. One już nigdy nie poczują dzieciństwa, które my mieliśmy. Ludzie sobie nawet nie zdają sprawy, że one nigdy nie zdejmą tych masek z buzi. Mówią nam, że zdejmiemy maski, gdy zniknie wirus, a wirus nie zniknie. 

MW: W wyniku rozbieżnych poglądów na temat koronawirusa, zakończyła się Twoja znajomość z dziennikarzem i blogerem Piotrem Grabarczykiem. Wielokrotnie okazywałaś swoje wsparcie społeczności LGBT. Pomogłaś także Piotrkowi ruszyć z jego własnym programem. Czy Ty poczułaś się tym faktem dotknięta? Byłaś zawiedziona?

Doda: Szczerze mówiąc, już w ogóle o tym zapomniałam i wyrzuciłam to z mojej głowy. Nie otaczam się toksycznymi ludźmi. Po 35. roku życia nauczyłam się szybciej wyrzucać śmieci z domu i z głowy. Nie babram się w tym. Mam milion innych, pozytywnych i fajnych rzeczy. A społeczność LGBT cały czas wspieram. Widać to na moich social mediach. 

MW: Byłaś inicjatorką takiej pięknej akcji „Artyści przeciw nienawiści”. Z tego zrobiło się duże wydarzenie. Mnóstwo gwiazd charytatywnie wzięło w tym udział. Był koncert i film dokumentalny w kinach. Czy Ty myślisz, że ta akcja wciąż jest potrzebna? Zwłaszcza w momencie takiego hejtu ze strony rządzących w kierunku środowiska LGBT?

Doda: Teraz ludzie do tego nie mają głowy. Wszyscy teraz żyją tym, że nie mają za co spłacić rachunków. Dzieci nie chodzą do szkoły, więc będą dziury intelektualne. Będzie nam rosło pokolenie niewyedukowanej młodzieży i dzieci, przez to, że miesiącami nie będą się uczyć. Co to jest ta zdalna nauka? Ona nic nie daje. Sami nauczyciele się z tego śmieją i się tego wstydzą. Ludzie nie mają teraz za co żyć. Ich firmy czy business plany runęły. Rządzący mają to gdzieś, bo uważają, że najsilniejsi przetrwają. Bardzo śmieszne.

MW: Masz wrażenie, że branża rozrywkowa została wyjątkowo pokrzywdzona podczas pandemii? I w jaki sposób możemy wspierać polskich artystów w tej trudnej sytuacji?

Doda: Ciężko powiedzieć. Mnie jest bardzo szkoda moich kolegów i koleżanek z branży, ponieważ oni naprawdę nie mają za co żyć. Zabrano im całkowicie możliwość zarobku. Od estrad, przez teatry, po inne miejsca, gdzie mogliby rozwijać swój talent i go monetyzować. Większość moich kolegów – muzyków musiała się przebranżowić i zejść ze sceny na ziemię. To jest straszny czas dla artystów, bo jednak my inaczej postrzegamy rzeczywistość. Niektórzy artyści byli pogodzeni, z tym że jako niszowi będą zarabiać mniej, ale zawsze będą mogli robić to, co kochają. Teraz muszą iść do kawiarni albo na kasę. 

MW: Stwierdziłaś, że chciałabyś kiedyś zasiąść na fotelu w roli jurora w The Voice of Poland. Sama lubisz oglądać ten program. Ponoć Edyta Górniak przekazała produkcji krótką listę osób, z którymi nie chciałaby pracować przy tym programie. Myślisz, że jesteś na tej liście? Skąd w ogóle wziął się wasz konflikt? Od czego to się zaczęło?

Doda: Nie wiem, czy jestem na tej liście. Szczerze mówiąc, mało mnie to interesuje. Musiałbyś się jej zapytać. Chociaż nie ma sensu pytać. Ona i tak ci nie powie prawdy. Ja byłam fanką Edyty Górniak, gdy byłam młodą dziewczynką. Oglądałam jej występy i zawsze jej kibicowałam. Jako nastolatka weszłam do show-businessu i najwidoczniej ona nie mogła tego znieść, a jest ode mnie 20 lat starsza. Uważam, że śpiewa naprawdę świetnie, jest wspaniałą artystką. Powinna być więc dowartościowaną osobą. Jednak od samego początku dyskredytowała mnie, ubliżała mi, śmiała się ze mnie. Wyzywała mnie słowami „Doda – krowa” czy „Doda – dorożka”. To było idiotyczne, przecież mogłaby być moją matką. Jako młoda dziewczyna byłam załamana i zszokowana takimi słowami. Nie dość, że od starszej kobiety, mojej idolki, to jeszcze z branży. Dopiero zaczęłam stawiać pierwsze kroki, a już miała do mnie takie wrogie nastawienie. Nauczyłam się z tym żyć, a gdy doszło do jakiejś konfrontacji, to powiedziałam, co myślę. Ja nie jestem w ciemię bita i nie dam sobie w kaszę dmuchać. 

Rozmawiał: Marcin Wolniak

Marcin Wolniak – dziennikarz radiowy i prasowy, songwriter, na stałe współpracuje z Polskim Radiem Londyn i tygodnikiem Cooltura, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Opolskim, autor cyklu „Marcin Śpiewa z Gwiazdami”, w którym przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, miłośnik Oscarów i Konkursu Piosenki Eurowizji. 

Reklama
393 views