Aktualności
Kultura

Oscary 2021 – trafne werdykty, ale co z tym show?


Producenci tegorocznych Oscarów zapowiadali ceremonię inną niż kiedykolwiek. Rzeczywiście była inna, tylko czy była ciekawsza niż zazwyczaj? Niestety nie. Pomimo świetnych wyborów Akademii - bardzo zasłużenie przyznanych Oscarów, sama gala była kompletnie pozbawiona polotu, poczucia humoru, show, czyli esencji tego czym zawsze były Oscary. Aż się prosiło o powrót spektakularnych muzycznych występów, powrót prowadzącego, komików i stand up'erów. Oscars, why so serious?

A miało być tak pięknie. Wśród tegorocznych producentów był przecież Steven Soderbergh, reżyser sam nagrodzony Oscarem za film „Traffic” w 2001 roku. Wydawać by się mogło, że wniesie do nieco skostniałej konwencji Oscarów trochę świeżości i energii. Obostrzenia związane z pandemią wymusiły na organizatorach przeniesienie ceremonii na kwiecień i zmienienia lokacji z Dolby Theatre na dworzec Union Station w Los Angeles. Tu świetna decyzja, żeby postawić mimo wszystko na obecność nominowanych na żywo, nawet jeśli wiąże się to ze znacznym ograniczeniem zaproszonych gości. Dzięki temu Oscary faktycznie odbyły się i mogliśmy zobaczyć większość gwiazd. Z niektórymi z nich łączono się z lokacji w Londynie czy Paryżu. Pięknie zagrało też samo miejsce – Union Station. Stary dworzec wyglądał niezwykle klimatycznie. Było kameralnie i z klasą. Wybór miejsca spowodował, że Oscary nawiązały do swoich początków. W latach 20. i 30. XX wieku tak właśnie wyglądało rozdanie nagród Akademii Filmowej – eleganckie przyjęcie w kameralnym gronie. Sam początek gali zapowiadał ciekawe widowisko – fantastyczna Regina King w zjawiskowej kreacji od Louis Vuitton wykonała rundę dookoła Union Station z Oscarem w ręce, a na ekranach pojawiały się napisy z nazwiskami takich gwiazd Hollywood jak Brad Pitt, Renee Zellweger, Reese Witherspoon czy Harrison Ford. Wyglądało to, jak początek dobrego filmu. Szybko „ochy i achy” się jednak skończyły. Zaczęła natomiast naprawdę nudna ceremonia „na poważnie”...




Foto: Getty Images

Co stało się ze słynnym „masz 45 sekund” na przemowę? Laureaci Oscarów, w większości kategorii, rozgadywali się niemiłosiernie. Nikt tego czasu przemów nie kontrolował, żadna orkiestra (której nie było) nie nadawała tempa ceremonii. W efekcie otrzymaliśmy kilka naprawdę nudnych i długich speechów. Co więcej ani wręczające nagrody gwiazdy, ani laureaci nie pokusili się o żarty, dystans, poczucie humoru. W ubiegłych latach, by nadać gali rozrywkowy charakter zapraszano na Oscary aktorów komediowych, komików, stand uperów. I oni totalnie się sprawdzali. W tym roku zabrakło jednak Jamesa Cordena, Rebel Wilson, Maya Rudolph czy Kristen Wiig. To oni rekompensowali przez 2 ostatnie lata brak prowadzącego i słynnego „opening number” pełnego ostrych żartów. Wystarczyło zadzwonić po Ricky Gervais, skoro postanowiono zorganizować Oscary tak bardzo przypominające Złote Globy... Na całe szczęście nagrodzono Yuh-Jung Youn, koreańską aktorkę, która została doceniona za swój występ w filmie „Minari”. Kariera Youn w Korei Południowej trwa już ponad 50 lat, ale nie była wcześniej znana światowej widowni. Podczas swojej niezwykle zabawnej przemowy zaczepiła wręczającego jej nagrodę Brada Pitta, skwitowała, że na pewno nie mogła wygrać z Glenn Close (przecież grały w innych filmach) i odniosła się do swoich synów, mówiąc, że to jest efekt tego, że „mama ciężko pracowała”. Zdecydowanie najciekawsza przemowa wieczoru – lekko, z dystansem, bez patosu.




Foto: Getty Images

Glenn Close była w tym roku nominowana do Oscara po raz 8. Tym razem także nie udało jej się zdobyć upragnionej statuetki. Z jednej strony szkoda, bo przecież Glenn to ikona aktorstwa, uwielbiana i doceniana na całym świecie. Z drugiej – jej występ w „Elegii dla bidoków” rodzi skrajne opinie. Ona sama za tą kreację otrzymała nominację do Oscara i Złotej Maliny jednocześnie, co jest ewenementem. Pod koniec trwającej ponad 3h uroczystości organizatorzy postanowili jednak wykorzystać obecność Close i zaprosić ją do muzycznego quizu. Dzięki temu aktorka wykonała taniec „Da Butt” i z automatu stała się bohaterką niezliczonych mem-ów i gif-ów po oscarowej gali. Trochę zabawnie, trochę ciarki żenady...

Kolejną, niezrozumiałą dla mnie decyzją producentów była rezygnacja z jakichkolwiek występów artystycznych podczas gali. Postanowiono zrealizować występy 5 artystów nominowanych do Oscara za najlepszą piosenkę, ale wyemitowano je podczas relacji z czerwonego dywanu. Szkoda, bo występy były naprawdę udane. Zwłaszcza Celeste i jej „Hear my voice” czy Leslie Odom Junior ze „Speak now” z dachu Muzeum Akademii, brzmieli i wyglądali zjawiskowo. Nie zawiodła też Molly Sanden z piosenką „Husavik” z netflixowej komedii o Eurowizji. Jej występ zrealizowany na Islandii, z dziecięcym chórem, z pewnością przejdzie do historii Oscarów, chociaż tak naprawdę wcale nie został pokazany podczas oscarowej ceremonii... Czy można było zrealizować spektakularne występy muzyczne w pandemicznym reżimie? Oczywiście, że tak. Spójrzmy chociażby na tegoroczne Grammy, które odbyły się zaledwie miesiąc wcześniej. Akademia przecież miała do dyspozycji pustą scenę Dolby Theatre czy wspomniany wcześniej dach Muzeum Akademii. Można było zrobić prawdziwe, artystyczne perełki, bo przecież z tego znamy Oscary i takie występy pamięta się przez długie lata. Nie wiedzieć czemu organizatorzy zrezygnowali też z montażowych wstawek ukazujących efekty pracy nominowanych osób. W efekcie widzieliśmy nominowanych za najlepsze kostiumy, ale żadnych kostiumów nie widzieliśmy, to samo ze scenografią, efektami specjalnymi, czy nawet grą aktorską. Aż się prosiło o fragmenty filmowych występów nominowanych – nic z tego. Tym samym widzowie na całym świecie nie dostali praktycznie żadnej zachęty, żeby zobaczyć nagradzane filmy, a przecież nie były to przeboje kinowe.

Foto: AP

Kulminacyjnym momentem każdej oscarowej ceremonii jest nagroda za najlepszy film roku. Tradycyjnie przyznawano ją na końcu każdej gali. Z tym także postanowiono zerwać w tym roku. „Nomadland” zostało ogłoszone najlepszym filmem jeszcze zanim ogłoszono najlepszego aktora i aktorkę. To wywołało sporą konsternację wśród widzów. Początkowo myślano, że Akademia chce oddać hołd Chadwickowi Bosemanowi, który był typowany jako faworyt do Oscara za „Ma Rainey: Matka Bluesa”. Byłby to 3. Oscar przyznany pośmiertnie dla najlepszego aktora. Oscar powędrował jednak do Anthony'ego Hopkinsa za „Ojca”, który nie pojawił się na gali ani osobiście, ani też w formie wirtualnej. Oczywiście Anthony Hopkins to gigant aktorstwa i zasługuje na Oscara za większość swoich kreacji, ale zakończenie gali pozostawia wiele do życzenia. Tym bardziej decyzja o zamianie kolejności wręczania nagród wydaje się absurdalna.




Foto: Getty Images

No i można by mówić, że te Oscary były jednymi z najgorszych w historii, gdyby nie werdykty Akademii. Werdykty słuszne i takie, które zmieniają bieg historii. Chloe Zhao jest drugą w historii kobietą z Oscarem za najlepszą reżyserię, a pierwszą z azjatyckimi korzeniami. Frances McDormand ma już 3 aktorskie Oscary na koncie (więcej od niej ma tylko legendarna Katharine Hepburn). Cieszy także docenienie Emerald Fennell, autorki scenariusza do filmu „Promising Young Woman”. Osobiście cieszy mnie docenienie dokumentu „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, czy doskonałego „Sound of metal” w kategoriach montaż i dźwięk. Jedynie polemizowałbym z nagrodzeniem „Manka” w kategorii zdjęcia i piosenki „Fight for You” z filmu „Judas and the Black Messiah”. Ogólnie rzecz biorąc nie można narzekać na tegoroczne werdykty Akademii. Wyróżniono filmy różnorodne, ciekawe, opisujące ważne zjawiska społeczne, zaangażowane i jakościowe. Można natomiast narzekać na ceremonię oscarową. Producenci postawili na same zmiany, ale w większości zmiany zadziałały na niekorzyść dla samego widowiska. Zapomniano o show, do którego widownia przywykła przez 92 lata oscarowej historii. Nie tędy droga. Może za rok będzie lepiej. Może będzie normalniej.

Laureaci Oscarów 2021:

Film: „Nomadland”

Aktor: Anthony Hopkins „The Father”

Aktorka: Frances McDormand „Nomandland”

Aktor drugoplanowy: Daniel Kaluuya „Judas and the Black Messiah”

Aktorka drugoplanowa: Yuh-Jung Youn „Minari”

Reżyser: Chloe Zhao „Nomadland”

Scenariusz oryginalny: „Promising Young Woman”

Scenariusz adaptowany: „The Father”

Zdjęcia: „Mank”

Montaż: „Sound of metal”

Film dokumentalny: „Czego nauczyła mnie ośmiornica”

Film międzynarodowy: „Na rauszu” - Dania

Film animowany: „Soul”

Scenografia: „Mank”

Kostiumy: „Ma Rainey: Matka bluesa”

Muzyka oryginalna: „Soul”

Piosenka: „Fight for you” - „Judas and the Black Messiah”

Charakteryzacja i kostiumy: „Ma Rainey: Matka bluesa”

Dźwięk: „Sound of metal”

Efekty specjalne: „Tenet”

Krótkometrażowy film dokumentalny: „Colette”

Krótkometrażowy film aktorski: „Dwóch nieznajomych”

Krótkometrażowy film animowany: „Jakby coś, kocham Was”

Marcin Wolniak

Marcin Wolniak – dziennikarz radiowy i prasowy, songwriter, na stałe współpracuje z Polskim Radiem Londyn i tygodnikiem Cooltura, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Opolskim, autor cyklu „Marcin Śpiewa z Gwiazdami”, w którym przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, miłośnik Oscarów i Konkursu Piosenki Eurowizji