Aktualności
Sport

Kamil Karbowiak: Ostatnie 10 km to walka ze samym sobą


Brzeżanin Kamil Karbowiak w niedzielę (18 kwietnia) w Dębnie pobił swój rekord życiowy, wywalczył Wicemistrzostwo Polski i uzyskał minimum na Igrzyska Olimpijskie w maratonie. Do Tokio najprawdopodobniej jednak nie pojedzie, o czym więcej opowiedział w rozmowie z naszym dziennikarzem, Tomaszem Kubiakiem.

Tomasz Kubiak: Rozpocznę naszą rozmowę od ogromnych słów uznania i gratulacji za Twój olbrzymi sukces podczas Mistrzostw Polski w maratonie, które odbyły się w Dębnie. Mówi się, że ich poziom był najwyższy w historii, co tylko potwierdza, jak wielki sukces udało Ci się osiągnąć.

Kamil Karbowiak: Dziękuję. No tak, poziom był kosmiczny. To wszystko wynika z pandemii. Biegów jest bardzo mało, a właściwie, przy obecnych obostrzeniach, mogą być rozgrywane tylko Mistrzostwa Polski. Wszyscy zawodnicy długodystansowi skoncentrowali się konkretnie na tym biegu i na walce o uzyskanie kwalifikacji olimpijskiej.

T.K.: Wynik 2:10:35 to Twój rekord życiowy. Spodziewałeś się tak dobrego występu ze swojej strony? Wielu ekspertów już teraz nazywa Cię przyszłością polskiego maratonu.

K.K.: Czułem, że jestem bardzo dobrze przygotowany do tych zawodów. Od kiedy pamiętam, wszyscy trenerzy mówili, że największe sukcesy będę osiągał w tych dłuższych dystansach, tzn. głównie w maratonie. I teraz nadszedł ten czas, na potwierdzenie tego i bieganie na wysokim poziomie. To jest taki dystans, w którym najlepsze wyniki uzyskuje się po 30 roku życia. Organizm musi się w pełni zaadaptować do takiego wysiłku, a na to potrzeba czasu.

T.K.: Jak oceniasz trasę i warunki maratonu w Dębnie? Było ciężko?

K.K.: Warunki atmosferyczne były bardzo dobre do biegania, co potwierdzają wyniki większości zawodników. Trasa także dość dobra, nie było na co narzekać. Jednak wiadomo, to jest tak długi dystans, że nigdy nie jest łatwo i  w pewnym momencie wszystko przeszkadza. Organizm się broni jak tylko może przed takim ekstremalnym wysiłkiem.

T.K.: Arkadiusz Gardzielewski był w Twoim zasięgu? Czego zabrakło, z Twojego punktu widzenia, do pokonania zawodnika WKS-u Śląsk Wrocław?

K.K.: Zdecydowanie był w zasięgu, to zaledwie cztery sekundy. Zabrakło podjęcia ryzyka i wcześniejszego finiszu. Arek zaryzykował i to on wygrał. Zwyciężył swoim doświadczeniem, które jest chyba największym atutem przy bieganiu tego dystansu.

T.K.: Osiągnąłeś wynikiem z Dębna minimum na Igrzyska Olimpijskie w Tokio, jednak startu na IO nie możesz być pewny. Wytłumacz naszym czytelnikom, od czego będzie zależało to, czy zobaczymy kolejnego brzeżanina w Tokio.

K.K.: Tak, wynika to z tego, że w ten sam dzień obywał się również maraton w Holandii, w miejscowości Enschede, gdzie startowało dwóch Polaków (Marcin Chabowski i Adam Nowicki). Oni również uzyskali minimum, ale pobiegli nieznacznie szybciej od nas, a tylko trzy osoby mogą jechać na igrzyska olimpijskie.

T.K.: To teraz powróćmy nieco do korzeni i opowiedz naszym czytelnikom, jak rozpoczęła się Twoja przygoda z bieganiem i skąd w ogóle taki pomysł na życie? Ktoś z Twojej rodziny uprawiał jakiś sport?

K.K.: Nie, w mojej rodzinie nikt nie biegał. Na początku zabawę z bieganiem rozpocząłem u Szymona Drekslera, u nas, w Brzegu. To był taki, można powiedzieć,  bardziej trening ogólnorozwojowy niż typowo biegowy. Później poznałem trenera Marka Adamka i poszedłem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego we Wrocławiu. Tam poznałem, czym jest bieganie, jak to powinno wyglądać na wyższym poziomie. Poznałem wielu trenerów oraz ludzi związanych z moją dyscypliną. Później były te lepsze i gorsze chwile oraz różne przerwy od biegania. Jednak w pewnym momencie wszystko wróciło na właściwe tory i teraz będzie tylko lepiej.

T.K.: Wzorowałeś się na jakimś biegaczu, stawiając pierwsze maratońskie kroki? A może masz kogoś w rodzaju mentora, który potrafił Cię zmotywować i pomóc w zajściu tak daleko?

K.K.: Mój trener – Henryk Szost jest rekordzistą Polski w maratonie, więc nie ma chyba lepszego wzorca niż on sam. Zawodnik musi zaufać w pełni trenerowi, nie może słuchać innych. Zawsze ktoś z boku będzie wyrażał swoje zdanie na dany temat,  jednak skupiać się trzeba na własnych celach i marzeniach. Trener jest od tego, żeby przygotować zawodnika do zawodów, ale chyba tak samo ważne, jak przygotowanie fizyczne, jest to psychiczne. Uświadomienie zawodnika, że może, że da radę. To jest typowo sport indywidualny. Każdy musi patrzeć na siebie i jak najwięcej od samego siebie wymagać. Uwierzyć w to, że może pokonywać kolejne bariery.

T.K.: Wybierasz jakieś szczególne miejsca do treningu czy po prostu idziesz na stadion i korzystasz z bieżni?

K.K.: Na asfalcie biegam te najcięższe treningi, w których ważna jest prędkość przebiegniętych odcinków. Zdarza mi się też czasami korzystać z bieżni, ale to bardziej na początku przygotowań, po okresie roztrenowania. Wtedy na tzw. wprowadzeniu do treningów skupiamy się na elementach szybkościowych. Niestety nie ma u nas w mieście dużego parku, czy lasu, w którym byłyby miękkie ścieżki, a są one zdecydowanie zdrowsze dla naszego organizmu niż asfalt. Na takie treningi wybieram się czasami do lasu w Lubszy.

T.K.: W dobie pandemii koronawirusa spotykasz jakieś utrudnienia w treningu? Jest mniej imprez biegowych?

K.K.: Zawodów, tak jak wcześniej wspominałem, praktycznie nie ma. Mogą odbywać się tylko zawody o randze Mistrzostw Polski. Zawodnik musi mieć jakiś cel, do którego się przygotowuje. Wtedy zdecydowanie łatwiej o motywację do treningu. Jednak musimy sobie radzić w tych trudnych czasach i dalej walczyć o swoje.

T.K.: Z pewnością podczas tak długich biegów, jakimi są maratony, zdarzają się kryzysy. Jak sobie z nimi radzisz?

K.K.: Po 30 km jest już bardzo ciężko, wtedy zaczyna się najtrudniejszy i najbardziej selektywny moment biegu. Nawet jak jest się najlepiej przygotowanym, to i tak zdarzają się kryzysy. Wtedy wygrywa ten zawodnik, który potrafi taki kryzys przełamać. Ostatnie 10 km to walka nie o tyle z rywalami, co z samym sobą. Trzeba potrafić, w pewien sposób, oszukać swój organizm.

T.K.: Psychika odgrywa Twoim zdaniem kluczową rolę w bieganiu? Można nią przełamać swoje słabości, bariery?

K.K.: Oczywiście, że tak. Jednak  to przygotowania są najważniejsze, bo jak się nie jest w formie, to silna psychika nie wystarczy.

T.K.: Dajesz wskazówki młodszym kolegom z Kotwicy Brzeg? Jest w Twojej opinii ktoś z młodego pokolenia, kto może w przyszłości osiągać podobne wyniki jak Ty?

K.K.: Z pewnością są utalentowani młodzi zawodnicy. Jednak to jest, wbrew pozorom, bardzo trudny sport. Trzeba pokonać bardzo wiele przeszkód  w drodze do sukcesu. Trzeba na niej także spotkać życzliwych ludzi, którzy w różnych sytuacjach pomogą i uwierzą w Ciebie. Młodsi koledzy mają teraz super warunki treningowe, rozwijający się klub, dobrych trenerów. Nic tylko trenować, a wtedy z tak dużej grupy młodych zawodników, na pewno w przyszłości ktoś się pokaże.

T.K.: A jak zachęciłbyś dzieciaki do rozpoczęcia przygody z bieganiem i oderwania się od zmory XXI wieku, czyli e-sportu?

K.K.: Rolą rodziców jest zachęcić dzieci do aktywności fizycznej. Pokazać, że to jest po prostu fajne i przynosi dużo radości. Sport uczy wielu uniwersalnych cech, m.in. systematyczności i wytrwałości w dążeniu do celu. Nawet jeżeli nie zostanie się zawodowym sportowcem, to te wyżej wymienione cechy zaprocentują w życiu tego młodego człowieka.

T.K.: Czym zajmujesz się poza bieganiem? Masz jakieś inne zajęcia, pasje czy całkowicie oddajesz się bieganiu?

K.K.: W takim głównym toku przygotowań za bardzo nie ma czasu na inne zajęcia. Jednak w luźniejszych okresach staram się korzystać z życia tak jak wszyscy. Jestem żołnierzem zawodowym. Jeszcze do niedawna służyłem w 1. Brzeskim Pułku Saperów. Jednak ostatnio, ze względu na swoje wyniki sportowe, dostałem się do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego (CWZS powstał 12 kwietnia br. z połączenia pięciu wojskowych zespołów sportowych z całego kraju, przyp. red.). Teraz będę miał lepsze warunki i większe możliwości do rozwoju.

T.K.: A jest w tym wszystkim w ogóle czas na życie prywatne, odpoczynek? Potrafisz sobie go wygospodarować?

K.K.: Odpoczynek jest akurat bardzo ważny, a wręcz tak samo ważny, jak trening. Co do życia prywatnego, to są pewne wyrzeczenia. Kiedy wyjeżdżamy na obozy treningowe, to nie ma mnie w domu, czasami nawet miesiąc. Niejednokrotnie ciężko jest pojechać na jakąś imprezę rodzinną, ale tutaj jest coś za coś. Jeżeli chce się osiągać wyniki na najwyższym poziomie, to te wyrzeczenia są niestety koniecznością.

T.K.: Jakie masz plany na przyszłość? Kiedy i gdzie kolejne starty?

K.K.: Jestem w szerokiej kadrze na Igrzyska Olimpijskie. Gdyby komuś się coś stało, złapał jakąś kontuzję, czego oczywiście nikomu nie życzę, to jestem pierwszy w kolejności do startu. Jednak już teraz myślimy z trenerem o maratonie jesiennym i o przygotowaniach do niego. Na pewno będę chciał również wystartować w jakimś dużym maratonie zagranicznym, żeby poprawić jeszcze swoją życiówkę. Za rok są Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata, jako żołnierze mamy także Wojskowe Mistrzostwa Świata w maratonie. Miejmy nadzieję, że pandemia się do tego czasu skończy i wszystko ruszy z miejsca.

T.K.: Czego możemy życzyć Kamilowi Karbowiakowi?

K.K.: Najważniejszego, czyli zdrowia oraz szczęścia, które jest potrzebne każdemu sportowcowi. Reszta zależy już ode mnie.

T.K.: W takim razie tego wszystkiego życzę, dziękuję Ci za rozmowę, raz jeszcze składam szczere gratulacje i słowa uznania!

K.K.: Dziękuję!