Aktualności
Felieton
Kultura

Poeta Radosław Wiśniewski żegna Janusza Wójcika


Każdy z nas, w tym ja sam – tak wierzę – jesteśmy zlepkiem działań innych ludzi, szturchnięć, kopnięć, klepnięć. Gesty się odciskają we mnie, w Tobie, drobne wydawałoby się, dotknięcie przesuwa ci trajektorię lotu i jeszcze tego nie widzisz, ale zmierzasz w zupełnie inny świat. Kiedy się ma kilkanaście lat – tak wierzę – niewiele trzeba, żeby człowiek stał się każdym, kim chce. Ale później już tak nie jest. Kiedy miałem kilkanaście lat, spotkałem Janusza, czy też Janusz spotkał nas.  Przychodził do nas do szkoły i robił nam popołudniowe lekcje o poezji. Pamiętam do dzisiaj jego wykład, traktat ronitologiczny o istnieniu Boga według Borgesa. Do dzisiaj to pamiętam. Gdyby nie tamten moment, może moja zdolność, potencjalna gotowość do pisania pozostałaby na tym poziomie, nikt nie pchnąłby mnie dalej.

Drogi się schodzą i rozchodzą, to naturalne, więc godzi się powiedzieć, że później bywało już rożnie. Zbliżaliśmy się, oddalaliśmy, ale z perspektywy czasu o tyle wydaje się to mniej istotne, że kierunek został.

Ilu nas wtedy było w orbicie wpływu młodego inżyniera-geodety, którego pasją była sztuka, literatura, blues, historia, który robił nam za przewodnika, kiedy pojechaliśmy z klasą na dwa tygodnie do Włoch, a potem do Budapesztu, potem do Wiednia? Pierwsze otwarcia świata.

I wybaczcie mi, bo jeszcze nie umiem do końca zebrać myśli, dowiedziałem się pół godziny temu, ale chce Janusza zapamiętać właśnie takiego jak wtedy. Autora jednej książki wydanej jeszcze za pieniądze podziemnej „Solidarności”, ale już w wolnej Polsce. To było najważniejsze, niezaprzeczalne. To ze mną zostanie, póki ja będę żył.

Dobrej nocy Januszu.

Radosław Wiśniewski

Reklama
412 views