Kultura
Muzyka

W największym warszawskim studio nie starczyło nam mikrofonów! – wywiad z Natalią Kukulską


To jeden z najbardziej oczekiwanych projektów muzycznych tego roku. Natalia Kukulska wraz z Sinfonią Varsovia, w towarzystwie topowych muzyków i aranżerów, wzięła na warsztat muzykę Fryderyka Chopina. Album ukaże się 28 sierpnia, ale już teraz single z płyty spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem zarówno słuchaczy, jak i krytyków muzycznych. Właśnie miała miejsce premiera teledysku do utworu „Z wyjątkiem nas [Etiuda E-dur]”, z tekstem Meli Koteluk, drugiej piosenki zapowiadającej album „Czułe struny”. Tuż po premierze pierwszego, tytułowego singla mieliśmy okazję porozmawiać z wokalistką.  

Marcin Wolniak: Dziś moim gościem jest artystka, wokalistka, autorka tekstów, która ostatnio bardzo zaskoczyła swoich wiernych słuchaczy, sięgając po kompozycje Chopina – Natalia Kukulska. Witaj Natalio! 

Natalia KukulskaWitam serdecznie. 

M.W.: Skąd taki pomysł? Słuchając Twoich poprzednich albumów, takich jak „Ósmy plan”, a zwłaszcza „Halo tu Ziemia”, można by się spodziewać, że będziesz nadal eksperymentować z muzyką elektroniczną, bądź też alternatywą. A tutaj proszę – Fryderyk Chopin. 

N.K.: Ja wcale nie zawieszam swoich eksperymentów. Dla mnie każda nowa płyta to jest nowe otwarcie. Zawsze staram się, żeby to było dla mnie coś inspirującego. Są to nowe spotkania, nowe połączenia, ale tym razem sięgnęłam do klasyki, która jest wręcz taka pomnikowa. Wydaje się to mocno zuchwałe, by targnąć się na taki pomysł… To nie jest tak, że sama to wymyśliłam by zestawić się muzyczne ze wspaniałą, kunsztowną twórczością Fryderyka Chopina. 10 lat temu, w 200. rocznicę urodzin kompozytora, zostałam zaproszona do projektu „Nasz Chopin współczesny”. Zaproszona zresztą przez wspaniałych muzyków z Poznania – Classic Jazz Quartet, na gitarze zagrał tam gościnnie Świętej Pamięci Jarek Śmietana. To był projekt koncertowy, w którym wzięłam udział jako wokalistka. Powstały wtedy także nowe opracowania utworów, bo oprócz pieśni Chopina takich jak: „Piosnka litewska” czy „Życzenie”, pojawiły się utwory, które zostały specjalnie zaadaptowane do takiej formy piosenki. Na tę okazję powstały teksty, a 2 aranżacje stworzył Adam Sztaba. Projekt miał charakter wyłącznie koncertowy i jednorazowy więc miałam poczucie wielkiego niedosytu. Publiczność zresztą bardzo ciepło przyjęła ten koncert. Pomyślałam sobie, że muszę jeszcze kiedyś do tego wrócić. Wtedy wyznaczyłam sobie termin, że to będzie za 10 lat, przy okazji kolejnej, okrągłej rocznicy urodzin. I tak szybko zleciał czas, że mamy już rok 2020, a pomysł się rozrósł. Połączyłam go z moim wielkim marzeniem, czyli nagraniem płyty z orkiestrą symfoniczną. Ja jednak byłam tylko łącznikiem, ponieważ ten album stworzyli przede wszystkim fantastyczni aranżerzy, których zaprosiłam do tego projektu.  

M.W.: Sama mówisz, że jest to Twój największy muzyczny projekt do tej pory, chociażby dlatego, że z udziałem orkiestry symfonicznej. Powiedz, jak przebiegała realizacja, skoro tak wielu ludzi było w to zaangażowanych i czy obecna pandemia COVID-19 nie pokrzyżowała Ci planów? 

N.K.Zacznę od tego, że ta orkiestra symfoniczna to  sama Sinfonia Varsovia. Podkreślam to dlatego, że jest to jedna z najlepszych orkiestr, rozpoznawana w zasadzie na całym świecie. Bardzo się cieszę, że udało się namówić tych wspaniałych muzyków, a do nich dołączyła jeszcze tzw. sekcja rytmiczno-jazzowa: Michał Dąbrówka, Robert Kubiszyn, Piotr Wrombel i kilku innych muzyków. W jednym utworze zagrał nasz wspaniały pianista, chopinista Janusz Olejniczak. A kluczem do brzmienia tej płyty jest 5 aranżerów: Krzysztof Herdzin, Adam Sztaba, Jan Smoczyński, Nikola Kołodziejczyk i Paweł Tomaszewski. Dla równowagi do projektu zaprosiłam także 5 pań, moich wspaniałych koleżanek, artystek, które napisały teksty: Gaba Kulka, Kayah, Mela Koteluk, Bovska i Natalia Grosiak. One mają wielką wrażliwość i estetykę słowa, która mi bardzo pasuje i zawsze mnie inspiruje. Sama napisałam na płytę 5 tekstów. To wszystko razem wzięte tworzy naprawdę wielką produkcję, chyba największą, jaka w naszym kraju miała miejsce. Leszek Kamiński, który realizował ten projekt, powiedział, że w swojej pracy nie spotkał się z większym przedsięwzięciem i nawet nam mikrofonów nie wystarczyło w największym warszawskim studio. Aparat wykonawczy jest naprawdę potężny. Wszyscy włożyli w to mnóstwo serca i własnej wrażliwości. Udało nam się to zarejestrować jeszcze przed pandemią. Na początku stycznia mieliśmy nagrania, później nagrywałam wokale z Leszkiem Kamińskim w domowym studio, a w momencie, gdy nastąpił tzw. „lockdown” to pracowaliśmy już zdalnie przy miksach. Paradoksalnie ten czas niemocy, ograniczeń w spotkaniach, spowodował, że mogliśmy naprawdę dokładnie dopracować te miksy i brzmienie. Leszek podsyłał mi materiał, a ja dawałam swoje uwagi i trwało to zdecydowanie więcej czasu, niż byśmy mieli w normalnych warunkach.   

M.W.: „Czułe struny” to pierwsza piosenka zapowiadająca album o tym samym tytule. Ciężko jednak powiedzieć, że to tylko piosenka, bo jest to przecież Polonez As-Dur Fryderyka Chopina. Kiedy ukaże się cała płyta? 

N.K.Warto wspomnieć, że w opracowaniu Pawła Tomaszewskiego ten polonez jest już w innej tonacji. Musieliśmy dostosować tematy Chopoinowskie przeznaczone do gry na fortepianie do głosu. Z utworów Chopina staraliśmy się wyłuszczyć melodię i do nie  powstawała aranżacja symfoniczna. Autor nadawał tematowi zupełnie nową przestrzeń. Tak powstało 10 utworów, które stworzyły album „Czułe struny”. Ukaże się on 28 sierpnia. 

M.W.: Przeglądając twoje dotychczasowe dokonania muzyczne, naliczyłem, że dostałaś do tej pory 12 nominacji do Fryderyków, ale statuetkę otrzymałaś za album z piosenkami dla dzieci. Mowa tu o „Szukaj w snach”, nagranej wraz z Markiem Napiórkowskim. To jest chyba znamienne, ponieważ wielu czytelników dobrze pamięta Twoje początki i piosenki dla dzieci, skomponowane przez Twojego tatę Jarosława Kukulskiego.  

N.K.: To niesamowite, że kolejne pokolenia wychowują się na moich dziecięcych utworach. To jest bardzo miłe, że istnieję w świadomości tylu Polaków i jestem trochę częścią ich dzieciństwa. „Szukaj w snach” to album z kołysankami, które skomponował i zagrał Marek Napiórkowski, jeden z najlepszych gitarzystów jazzowych. Marek miał również wiele nominacji do Fryderyków i też nie miał ani jednej statuetki. Bardzo śmialiśmy się, że musieliśmy połączyć siły, żeby dostać nagrodę. To było bardzo miłe, ponieważ ta płyta jest naprawdę piękna. To są akustyczne utwory, bardzo wysublimowane kompozycje, mają w sobie piękną prostotę, ale nie ma w nich banału. Myślę, że takich utworów brakuje na rynku muzycznym dla dzieci. Dla dzieci powinno się pisać z tą samą pieczołowitością co dla dorosłych, a może nawet z większą. Nie można odpuszczać i mówić, że coś może być gorszej jakości, bo dziecko nie zauważy. Dziecko znakomicie słyszy, co jest dobre. Przykładem są bajki Disneya, które mają wspaniałą muzykę filmową, duże kompozycje, które są bardzo ciekawe i muzycznie niebanalne. Jeśli będziemy od początku karmić dzieci czymś dobrym muzycznie, to jest szansa, że będą później więcej muzyki rozumiały i sięgały po tę wartościową. 

Reklama

M.W.: Patrząc na Twoją dyskografię, myślę, że doskonale pamiętamy te pierwsze, komercyjne sukcesy z albumami „Światło” czy „Puls”. Później były różne eksperymenty, wielu zaskoczył na przykład Twój duet z Tede z piosenką „Kamienie”, ale także fantastyczny album „Sexi Flexi” wyprodukowany przez Bartka Królika. Później Twoja wspólna płyta z Michałem Dąbrówką „CoMix”. Czy wracasz do swoich wcześniejszych albumów ze szczególnym sentymentem? Czy z którejś jesteś wyjątkowo zadowolona? A może jest też taka, której zbytnio nie lubisz? 

N.K.To jest trochę tak jak z patrzeniem na swoje stare zdjęcia. Człowiek patrzy i myśli sobie: „Ale byłam wtedy młoda, ale Boże, jaką ja miałam fryzurę?! Co ja wtedy miałam w głowie?”. Każdy album to jest taka wizytówka tego, co się wtedy w mojej głowie działo, rodzaj muzycznej legitymacji, ale też wspaniałej pamiątki. Na pewno jestem krytyczna wobec siebie i czasem  trudno jest  mi słuchać swoich starszych nagrań. Najśmieszniejsze jest, że  gdy ja jestem już gdzie indziej, to publiczność często jest o te 2 płyty do tyłu i mówi: „o to było super!”. Nie zawsze nadąża za moimi zmianami, ale każdy album ma swoją publiczność.  Artysta powinien się rozwijać, iść do przodu, mieć nowe wyobrażenia. Im jestem starsza, tym mam dla siebie więcej łaskawości i patrzę na tę przeszłość z uśmiechem a często z zazdrością. Zawsze najbliższa sercu jest ta ostatnia płyta. „Halo tu Ziemia” jest mi bardzo bliska, ale w zasadzie wszystkie płyty bardzo mile wspominam. Całkiem niedawno wpadła mi do ręki moja płyta „CoMix”, którą stworzyłam w 2010 roku z mężem. Jechaliśmy samochodem, włożyłam ją do odtwarzacza, posłuchaliśmy tego i mieliśmy uśmiechnięte twarze. Mieliśmy poczucie, że zrobiliśmy wspólnie coś fajnego, co jest w stanie przetrwać próbę czasu.  

M.W.: Od lat tworzysz muzykę wraz ze swoim mężem, perkusistą Michałem Dąbrówką. Macie na koncie bardzo udane, muzyczne dzieci. Zresztą nie tylko muzyczne. Łatwo tworzyć w małżeństwie? Zdarzają się Wam zupełnie odmienne wizje muzycznego rozwoju? Są jakieś utarczki?  

N.K. : Wcześniej chyba było nam łatwiej. Spieraliśmy się czasami, mieliśmy różne wizje, ale mamy podobną wrażliwość, podobne rzeczy nas w muzyce kręcą. Czasem mówiliśmy jednym głosem, tylko z dwóch stron lepiliśmy tę muzyczną rzeźbę. Natomiast mamy trochę inny system pracy. Ja jestem  żandarmem w naszym związku w sprawie zamykania projektów. Mój mąż ma taki charakter, że mógłby pewne rzeczy dopracowywać w nieskończoność. Ja jestem jednak niecierpliwa i zawsze mam w głowie dochodzenie do efektu finalnego. Jestem bardziej dynamiczna. Pod tym względem się różnimy. Myślę, że przed nami jeszcze wiele fajnych rzeczy, bo bardzo cenię muzykalność Michała i często jest dla mnie wielką inspiracją. Ostatni album stworzyliśmy już w kolektywie, nie tylko we dwoje. Dołączyli do nas muzycy, z którymi też koncertuję. Poszerzył się kolektyw twórczy i to było bardzo fajne. Ważne jest, żeby się nie zapętlać, tylko mieć nowe bodźce, nową energię.  

M.W.: Doszukałem się takiej informacji, że w latach 90. miałaś reprezentować Polskę na konkursie Eurowizji. Plany były ponoć bardzo zaawansowane. Dlaczego ostatecznie do tego nie doszło? Czy teraz miałabyś ochotę wziąć udział w tym konkursie? 

N.K.Zacznę od tego, że nie miałabym ochoty na taki udział. Kiedyś byłam jeszcze gotowa na tego typu konfrontacje i wyzwania. Teraz uciekam od takich emocji jak rywalizowanie. W ogóle mnie to nie kręci, a wręcz w jakimś stopniu paraliżuje. Muzyka to nie są sportowe emocje. Nie lubię tego, że ktoś stara się zrobić efekt na jeden utwór. W muzyce chodzi o coś więcej. Jestem długodystansowcem. Nie lubię wychodzić na scenę na jedną piosenkę. Więcej mi to przyprawia stresu niż przyjemności. Gdy byłam młoda, to miałam poczucie, że mogę coś zawojować. Chciałam takich emocji. Była wówczas przygotowana piosenka, która miała duże szanse. TVP ogłosiła wtedy konkurs na ten utwór eurowizyjny. Mieliśmy wtedy poczucie, że to jest kwestia tylko formalności i wszystko było przygotowywane. To była zresztą piosenka, którą później nagrałam po polsku i ukazała się na płycie „Puls”. Mówię tu o utworze „Powieki kryją świat”. Okazało się jednak, że Polskę reprezentować będzie Ania Jopek z piosenką „Ale jestem”, która do dziś jest jej wielkim hitem. Nie zawsze wszystko jest tak, jak człowiek sobie wymarzy i zaplanuje, ale nie żałuję tego w żadnym stopniu. Teraz jestem w zupełnie innym miejscu i mam inne podejście do takich konkursów.  

M.W.: A czego najchętniej na co dzień słucha Natalia Kukulska? Widziałem na Twoim instastory, że polecałaś album Igora Herbura „Chrust”.  

N.K.Słucham bardzo dużo ciekawej muzyki. Głównie tej mniej mainstreamowej. Od dawna jestem zasłuchana w Jacoba Coliera i jego projekty. Bardzo dużo płyt dostarcza mi mój syn. Ostatnio słuchaliśmy zespołu Vulfpeck, który ma fantastyczny styl, bardzo eklektyczny. Oglądaliśmy ich koncert na Madison Square Garden. Słucham takich mniej mainstreamowych zespołów jak np. Son Lux czy Little Dragon.  Jest tego bardzo dużo. Są to fajne, wyszperane zespoły, które tworzą coś dla samej muzyki, a nie dla sukcesu komercyjnego. Dzięki temu jest w tej muzyce więcej wolności, przestrzeni, pomysłów. Nie jest to sztampowe myślenie, według utartych schematów piosenki do radia. Słucham także dużo muzyki filmowej, a ostatnio nawet klasycznej. Pewnie także dlatego, że stworzyłam album z muzyką Chopina, ale ja zawsze nie ograniczałam się, jeśli chodzi o dobór muzyki. Nie upierałam się przy jednym gatunku. Z wyjątkiem lat 90., gdy gatunek r’n’b był mi najbliższy. Już się to zmieniło.  

M.W.: Orkiestra Adama Sztaby z utworem „Co mi Panie dasz” ma już ponad 8 milionów wyświetleń na youtube. Jak przebiegała praca nad tym projektem i jak oceniasz efekt? Nagrałaś całą piosenkę Bajmu? 

N.K.Adam zawsze robi wspaniałe aranżacje. Jest osobą, która „jeńców nie bierze”, zaskakuje, robi bardzo ciekawe przełamania harmoniczne, rytmiczne. Ten aranż taki też jest. Sam pomysł wydał mi się ciekawy, chociaż przyznam, że trafił do mnie, gdy miałam bardzo dużo pracy związanej z zamykaniem płyty „Czułe struny”. Byłam nawet trochę zła, że akurat teraz poprosił mnie o nagranie wokalu. Zresztą ten utwór „Co mi Panie dasz” wcale nie jest łatwy. Pewnego dnia usiadłam nad nim i musiałam poświęcić trochę czasu, żeby nagrać siebie przez telefon. Przy okazji zobaczyłam, ile mam złych nawyków śpiewając, jakie miny robię. Pomyślałam wtedy: „Boże, ja tego nie nagram, jak ja wyglądam?”. To była dla mnie próba zmierzenia się z prawdą o sobie. Podjęłam to wyzwanie i nagrałam cały utwór. Nagrałam także gdzieniegdzie drugi głos, bo nie wiedziałam, czego Adam użyje. Efekt bardzo mi się podoba. Jest w tym jakaś niesamowita prawda, wszyscy zaśpiewali to z zaangażowaniem. Są w tym olbrzymie emocje, a słowa: „co mi Panie dasz, w ten niepewny czas?” są czymś, co każdy z nas chciałby teraz wykrzyczeć. Żyjemy teraz w momencie olbrzymiej niepewności i lęku. Wszystko jest w poczekalni.  

Rozmawiał: Marcin Wolniak 

Marcin Wolniak – dziennikarz radiowy i prasowy, songwriter, na stałe współpracuje z Polskim Radiem Londyn i tygodnikiem Cooltura, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Opolskim, autor cyklu „Marcin Śpiewa z Gwiazdami”, w którym przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, miłośnik Oscarów i Konkursu Piosenki Eurowizji. 

Reklama
930 views