Aktualności
Kultura

Wokół fotografii: spór o ISO


Całkiem niedawno, na imprezie, których obecnie się nie organizuje, zapytałem dobrze zapowiadającego się fotoamatora – na jakiej czułości fotografujesz? 1600 ISO odpowiedział. Po czym dodał, widząc moje brwi uniesione w geście zdziwienia – na sali było bardzo mało światła. Okazało się, że chciał uniknąć szumów, bo tak doradził mu jakiś biegły w sztuce kolega.

Czym właściwie są szumy, skąd się biorą? Jakie powodują skutki na gotowym zdjęciu? Czy warto używać wysokiej czułości? Spróbuję wyjaśnić to w niniejszym artykule.

Od razu zaznaczam, że informacje zawarte w artykule nie są prawdą objawioną. To jedynie mój subiektywny pogląd na sprawę, poparty odrobiną teorii i czterdziestoletnim doświadczeniem. Pisząc go nie myślałem, żeby dzielić się z zawodowcami, ani z zaawansowanymi pasjonatami fotografii. Zakładam, że każdy z nich mógłby mnie w popełnieniu niniejszego tekstu zastąpić. Nie adresuję go również do tak zwanych pstrykaczy, którzy chcą ograniczyć się tylko do wyboru motywu i wyzwolenia migawki, resztę ma zrobić za nich aparat. Jeżeli jednak jesteś początkującym pasjonatem i chcesz poprawić swój warsztat, to zapraszam do lektury.

ASA, DIN, GOST, PN. Trochę historii

ISO to skrót oznaczający normę międzynarodową (z angielskiego International Organization for Standardization). Odnosi się do każdej dziedziny życia, w tym również do fotografii.

Kiedyś każdy kraj miał własną normę oznaczającą czułość materiału fotograficznego. W Polsce jeszcze w latach sześćdziesiątych mieliśmy normę CUK (Centralny Urząd Kinematografii). Ta norma obowiązywała do połowy lat 60, później już tylko Polska Norma (PN), której wartość była taka sama jak amerykańska ASA (American Standards Association). Jest to norma liniowa, co oznacza, że dwukrotny wzrost wartości (np. z 200 na 400 ASA) powoduje dwukrotny wzrost czułości materiału fotograficznego (o 1 stopień EV). Analogicznie dwukrotne zmniejszenie wartości oznacza, że czułość materiału dwukrotnie spada.

Niemcy mieli swoją normę DIN (Deutsches Institut fur Normung  ), wg niej wzrost liczby o trzy stopnie (np. z 15 DIN do 18 DIN) oznaczał, że światłoczułość materiału wzrasta dwukrotnie. Notabene w Polsce chętniej posługiwaliśmy się DIN'ami niż PN.

No i mieliśmy jeszcze normę radziecką GOST (Gosudarstwiennyj standard). Była ona trochę zbliżona do ASA, ale tylko trochę... Nie pytajcie mnie proszę o to, jaki miała przelicznik, dla mnie do tej pory jest ona nielogiczna i niezrozumiała. W roku 1987 norma GOST została ujednolicona z ASA.

Norma ISO połączyła dwa najbardziej popularne systemy tj. ASA i DIN. I kiedy mówimy potocznie, że używamy ISO 100, to prawidłowe oznaczenie materiału światłoczułego powinno wyglądać następująco: 100/ 21º to znaczy 100 ISO/21 DIN.

Po co w ogóle określamy światłoczułość matrycy, czy negatywu?

Światłoczułość, czyli wrażliwość materiału fotograficznego na światło, jest nam niezbędna dla określenia prawidłowej ekspozycji. Jeżeli ilość światła jest nieodpowiednia to albo mamy zdjęcia prześwietlone – jasne partie są zbyt jasne, albo niedoświetlone – zbyt głębokie cienie, brak szczegółów w cieniach.

Tak naprawdę matryca posiada jedną czułość, zazwyczaj 100 lub 200 ISO. Zwiększając ekwiwalent czułości, tak naprawdę nie zwiększamy jej czułości, lecz wzmacniamy sygnał, który wychodzi z matrycy do przetwornika.

Dzisiejsze aparaty fotograficzne oferują nam czułość rzędu nawet 51 200 000 ISO. Dlaczego z nich nie skorzystać? Niestety „biegły w sztuce kolega” miał sporo racji twierdząc, że wraz ze wzrostem czułości spada jakość zdjęć. Nie tylko wzrastają szumy, spada również zakres tonalny, kontrast i rozdzielczość.

W fotografii analogowej mieliśmy podobny efekt, choć powód był inny.

Pod wpływem fotonów światła padających na halogenki srebra powstawał obraz utajony, który po wywołaniu tworzy obraz srebrowy. Małe halogenki potrzebowały więcej światła. Duże halogenki łatwiej absorbują światło, jednak przez to, że są one większe, są też bardziej widoczne na pozytywie w formie ziarna. Dlatego filmy niskoczułe dawały wyraźniejszy, bardziej kontrastowy obraz, a filmy wysokoczułe były mniej kontrastowe i ziarniste.

No dobrze, ale przecież piksel ma zawsze taką samą wielkość. Fakt! Jednak przy długim czasie naświetlania piksele przegrzewają się i zaczynają emitować ciepło. To z kolei powoduje, że piksele sąsiadujące z nimi odbierają ten sygnał jako falę świetlną. W efekcie czego powstaje zafałszowany obraz w postaci jasnych lub barwnych plam. To właśnie te niepożądane piksele widzimy jako szumy. Zjawisko to potęguje się przy mniejszych matrycach. Piksele są wtedy ciaśniej upakowane i łatwiej się przegrzewają, bo utrudnione jest chłodzenie.

Taki sam efekt osiągamy podnosząc ekwiwalent czułości. I tak jak w przypadku fotografii analogowej mamy obraz mniej wyraźny, mniej kontrastowy i z widocznymi szumami. Niektórzy fotografowie przez sentyment szumy nazywają ziarnem.

Oczywiście konstruktorzy nie śpią. Powstają coraz to nowsze matryce, które przynajmniej w teorii powinny mniej szumieć. Analogicznie matryca większa powinna dawać obraz mniej zaszumiony.

Statyw, stabilizacja czy wysokie ISO? Jaką wybrać drogę?

Przede wszystkim musisz poznać swój aparat. Jaka jest jego czułość użyteczna. Tu nie polegałbym na opinii innych, a nawet producenta sprzętu. Przede wszystkim ma ona być zaakceptowana przez ciebie. W końcu to autor decyduje o tym, czy w danych warunkach i dla danego motywu można szum zaakceptować. Inne wymagania stawiamy fotografii produktowej czy portretowi, a inne fotografii reporterskiej. Ja wiem, że w moim aparacie czułością użyteczną dla reportażu jest ISO 6400. Wolę fotografię lekko zaszumioną niż poruszoną. Chyba że chcę uzyskać rozmycie głównego motywu. Oczywiście przy fotografii portretowej wolę użyć stabilizacji, a przy fotografii produktowej czy pejzażu – statywu. Jednak statyw, czy stabilizacja, nawet ta najlepsza, zapobiega jedynie przed drżeniem naszych rąk, a nie przed ruchem modelu. Jeżeli fotografujemy tańczącą parę lub mecz piłki halowej to żadna stabilizacja nie pomoże.

Pamiętam, że z trudem oswajałem się z wysoką czułością. Moim ulubionym filmem przez dłuższy czas był negatyw ORWO 15 DIN (25 ASA) lub 21 DIN (100 ASA). Z czasem jednak przekonałem się do filmów FOTOPAN HL 400 ASA (polski negatyw na licencji ILFORDA) lub jak kto woli 24 DIN. Początkowo zabierałem się do niej nieufnie, używałem drobnoziarnistych wywoływaczy. Z czasem pojąłem, że to właśnie ziarno jest podstawą budowy obrazu i zaakceptowałem je. Nie wahałem się nawet przed forsowaniem tego negatywu do 800, a nawet 1600 ASA. Z czasem sięgnąłem po KODAKA 3200 ASA. I tak pokochałem ziarno. Kto wie, może z czasem pokochamy szumy.