Aktualności
Kultura
Wywiad

Wzruszam się do łez oglądając „Osiecką”, ale takiego chlania wódki nie było


Marcin Wolniak: Twórczość Agnieszki Osieckiej cieszy się od lat ogromną popularnością. Kolejne pokolenia odkrywają te piosenki, ale po premierze serialu „Osiecka” wzrasta także zainteresowanie życiem prywatnym poetki. Jej perypetiami i przygodami. Marylo, czy oglądając ten serial znajdujesz w nim prawdę o swojej przyjaciółce?

Maryla Rodowicz: Częściowo. Nie wszystko mi się podoba. Na przykład, nie było takiego chlania wódki. Owszem piło się, ale w serialu jest to pokazane przesadnie. W każdym odcinku pije się wódkę. Wszystko jedno czy Agnieszka jest w ciąży, czy nie jest w ciąży, czy jest dzień, czy noc – pije wódkę. Tak nie było. To jest krzywdzące.

M.W.: A wybór obsady? Przypomnę tylko, że Osiecką zagrały aż dwie aktorki – Eliza Rycembel i Magdalena Popławska.

M.R.: Eliza mi się bardzo podobała. To jest zadziorna i ładna dziewczyna. W mojej opinii Agnieszka była piękną kobietą, ale nie chcę tutaj krzywdzić tej drugiej aktorki. Muszę przyznać, że gdy oglądam odcinki serialu „Osiecka”, to się bardzo wzruszam. Niezależnie czy aktorka jest bardziej, czy mniej podobna. Ja cały czas tam widzę Agnieszkę i naprawdę wzruszam się do łez. Agnieszka to jest jedyna osoba, której mi brakuje.

M.W.: Zauważyłem, że gdy pojawiasz się na festiwalach opolskich, śpiewając piosenki z tekstem Agnieszki Osieckiej, to wzruszenie ściska za gardło. Chociażby podczas śpiewania „Niech żyje bal”…

M.R.: Tam jest taki tekst, że mam z tym problem. Wzruszam się śpiewając „Niech żyje bal”. A podobno wzruszać się ma widz, a nie artysta na scenie. Niestety mnie to rozwala. Jedyny sposób to nie myśleć o tekście. Z drugiej strony, gdy się nie myśli o tekście, to nie jest on prawdziwy.

M.W.: Powróćmy jeszcze do tematu serialu, ale w kontekście postaci Maryli Rodowicz. W tę postać wcieliła się Karolina Piechota. Powiem szczerze, że oglądając inne postacie z serialu, jak Kalina Jędrusik, Barbara Krafftówna czy Krystyna Sienkiewicz, mam wrażenie, że wybory obsadowe były trafniejsze. Ta Maryla z serialu jest trochę zbyt sztuczna, trochę jej za mało – na 11 znanych już odcinków, pojawia się zaledwie przez pół odcinka.

M.R.: Oczywiście, że wolałabym, żeby Maryli Rodowicz było więcej. Znałyśmy się z Agnieszką, w dodatku bardzo blisko, ponad 20 lat. Zwłaszcza w latach 70., gdy jeszcze nie miałam dzieci, spędzałyśmy ze sobą prawie wszystkie dni. Widywałyśmy się praktycznie codziennie. Mnóstwo razem przeżyłyśmy – wypadek samochodowy na Mazurach, wycieczki do Bułgarii, przeróżne, niesamowite spotkania. Tego w serialu nie ma. Żal mi, że to jest niepełna postać i opowieść, ale cóż ja mogę zrobić? Nic.

M.W.: À propos wycieczek do Bułgarii. Przeglądając różne archiwa i wywiady z Agnieszką, natrafiłem na historię o niedźwiedzicy chodzącej po rozżarzonych węglach. Podobno, żeby ją zobaczyć, ludzie zjeżdżali się z całej Europy, a ty jej nie zauważyłaś podczas imprezy. Która z tych szalonych, zabawnych przygód z Agnieszką najbardziej utkwiła Ci w głowie?

M.R.: Pewnego razu Agnieszka czekała na mnie na lotnisku w Sofii z butelką różowego, rosyjskiego szampana. Przyleciałam do Bułgarii wczesną wiosną i miałam tam nagrywać program telewizyjny. Agnieszka otworzyła tego szampana, napiłyśmy się po łyku i wsiadłyśmy do taksówki. W drodze do hotelu taksówkarz powiedział, żebyśmy dały mu się napić tego szampana. Gdy podjechałyśmy pod hotel, wykończyłyśmy tę butelkę z bułgarskim taksówkarzem. Czule się pożegnaliśmy i odjechał w siną dal. Szybko się zorientowałam, że w taksówce zostały moje walizki z kostiumami. Była wówczas wielka zawierucha, ponieważ szukałyśmy po wszystkich bazach taksówkarskich tego naszego upojnego kierowcy. W końcu wszystko się dobrze skończyło.

M.W.: W 2011 roku ukazała się na rynku Twoja płyta „Buty 2”, z nowymi, nieodkrytymi wcześniej tekstami Osieckiej. Czy jest szansa, że takich nieodkrytych tekstów jest więcej? Czy są jeszcze jakieś pudła, czy kartony do przejrzenia?

M.R.: Są, ja to trochę odwlekam, ponieważ gdy czegoś szukam, jestem bardzo skrupulatna. Biorę wtedy każdy papierek do ręki. Dzieci mnie cały czas pytają, kiedy w końcu zrobię porządki w archiwum. Ja im mówię, że muszę pojechać po kartony do Ikei. One natomiast mi odpowiadają, że przecież mogę to kupić w internecie. Tu mnie załatwiły. Rzeczywiście, wybieram się po te kartony już tak na serio. Gdy je kupię, to się zagłębię do tych nieodkrytych pudeł.

M.W.: W jednym z wywiadów z Agnieszką padło takie zdanie, że ona była bardzo o przyjaźń z Marylą zazdrosna. W czym ta zazdrość się przejawiała? Agnieszka była zaborczą przyjaciółką?

M.R.: Agnieszka nie była zaborcza, ale ja byłam zazdrosna o Agnieszkę. Ona zawsze musiała gdzieś pędzić, gdzieś jechać, gdzieś lecieć. Nagle mówiła na przykład: „Jadę do Pani Ziuty do Bielska”. Gdy urodziło się moje drugie dziecko, moja córka, w 1982 roku, Agnieszka napisała mi taką kartkę: „to już są dwie osoby, które będziesz kochać bardziej ode mnie”.

M.W.: Są w historii muzyki takie duety artysta-twórca, które się ze sobą mocno łączą i właściwie w tym połączeniu powstają rzeczy najlepsze i najpopularniejsze. Dla Maryli Rodowicz pisali przecież także Magda Czapińska, Andrzej Sikorowski, Jacek Cygan czy Andrzej Poniedzielski. Czy przy powstawaniu nowych płyt, już po śmierci Agnieszki Osieckiej, brak możliwości sięgnięcia po jej talent był szczególnie odczuwalny?

M.R.: Absolutnie tak. Nie ma takiej drugiej osoby i takiej drugiej poetki jak Agnieszka. Ona z jednej strony była poetką, ale z drugiej strony była bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Miała to w małym palcu. Kiedyś opowiadała o tym, jak się pisze taki tekst. Mówiła, że najpierw trzeba wypisać męskie rymy, czyli takie jednosylabowe, np. „żal – bal”. Gdy takie rymy się napisze, to później jest już łatwiej. Ona była naprawdę wyjątkowa.

M.W.: Agnieszka stwierdziła kiedyś, że piosenka „Nie ma jak pompa” jest jedną z najdoskonalszych piosenek przez nią napisanych. Czy ta piosenka jest także szczególnie bliska Maryli Rodowicz? Po latach pojawiła się w nowej wersji, na płycie „Życie ładna rzecz”.

M.R.: Agnieszka powiedziała, że ta piosenka była dla niej bardzo trudna do napisania. To jest skomponowane przez Jacka Mikułę w stylu jakiejś arii operowej. Tam się zmieniają nagle całe fragmenty, zmienia się rytm. Mówiąc szczerze, to ja mam zawsze problemy z zapamiętaniem tekstu. Tam jest bardzo dużo tekstu. Rozumiem Seweryna Krajewskiego, który mi powiedział kiedyś, że nie cierpi śpiewać piosenki „Nie spoczniemy”. Stwierdził, że nigdy nie wie, którą zwrotkę ma śpiewać.

M.W.: To chyba moja ulubiona piosenka Seweryna Krajewskiego.

M.R.: Tak, uwielbiam ją także. Moja ulubiona to jednak „Uciekaj moje serce” z serialu „Jan Serce”.

M.W.: Ostatnio głośno było w mediach o zażegnanym konflikcie na linii Rodowicz-Kozidrak. Wszystko za sprawą Dody, podczas Sylwestra Polsatu. To był piękny obrazek, żeby zobaczyć Was razem na scenie, ale doszedłem do wniosku, że ten konflikt był raczej rozdmuchiwany przez media. A jak było z tym konfliktem z Urszulą Sipińską w latach 70.? Podczas festiwalu opolskiego 1977, w trakcie koncertu „Nastroje, nas Troje”, pobiłyście się na scenie. To było dla żartu, czy rywalizacja na serio?

M.R.: Trochę tak, trochę tak. Mnie dosyć zdenerwowało to, że Urszula nie przychodziła na próby. Ktoś mi doniósł, że ona w wynajętej sali, wraz ze swoimi chórzystkami, próbuje robić kroczki, które ja robiłam w piosenkach „Nie ma jak pompa” czy „Damą być”. I faktycznie w trakcie koncertu zobaczyłam ją, że wychodzi ze swoimi chórzystkami ubranymi na biało. Ja z moimi chórzystkami byłam z kolei ubrana na czarno. Namówiłam więc moje chórzystki, żebyśmy stanęły za Urszulą i jej chórzystkami i zaczęły je małpować. A za nami stanęli Młynarski, Kofta i Gołas małpując nas. Publiczność miała ogromną zabawę. Koncert był tak zaaranżowany, że wszyscy artyści siedzieli na scenie, a na stołach leżały owoce i warzywa. Po skończonej piosence Urszula zdjęła swój kapelusz i zaczęła mnie nim okładać. Więc zdjęłam też swój kapelusz i zaczęła się wojna na kapelusze. Niestety Sipińskiej pękł rękaw w sukience, odpruł się. Wtedy wzięła jakąś truskawkę lub wiśnię i rzuciła w moją stronę. Po chwili już wszyscy obrzucali się owocami i warzywami.

M.W.: To była rywalizacja z lat 70., a jakie były kulisty tego Sylwestrowego występu?

M.R.: Doda mnie wyciągnęła na scenę podczas występu Beaty Kozidrak. Opierałam się, ponieważ bałam się, że zepsuję Beacie występ. W końcu była to telewizja na żywo. Wyszło to bardzo spontanicznie. Beata wzruszyła się do łez. Zaczęłyśmy się obejmować, a ja z rozpędu pocałowałam ją w rękę. Ludzie mieli niezłe widowisko.

M.W.: Ten obrazek z pewnością przejdzie do historii, w końcu mowa tu o wokalistkach z ogromnym dorobkiem artystycznym. Chciałem jednak wrócić teraz do koncertu, który już przeszedł do historii. Wielu twierdzi, że to najlepszy koncert w historii opolskich festiwali. Mówię tu o „Zielono mi” z 1997 roku. Wieczór w hołdzie Agnieszki Osieckiej. Ta atmosfera się już raczej nigdy nie powtórzy, ale gdyby dziś padł taki pomysł, żeby raz jeszcze wrócić do piosenek Osieckiej w Opolu, zgodziłabyś się wziąć udział?

M.R.: Tak. Oczywiście, że tak. Tylko dlatego, że to Agnieszka i jej teksty. Jej się należy taki hołd. Nawet nieustający. Tyle że tamten koncert w 1997 roku był realizowany trzy miesiące po jej śmierci. Agnieszka umarła w marcu, a koncert był w czerwcu. Wszyscy byli bardzo wzruszeni i to wzruszenie udzieliło się publiczności. Tego się nie da powtórzyć, ponieważ to była wyjątkowa sytuacja.

M.W.: Czy po tylu latach na scenie, po tylu latach w branży muzycznej i tylu przebojach na koncie krytyka jest wciąż bolesna? Gdy pierwszy lepszy ksiądz mówi głośno jakieś obraźliwe słowa. To boli? Czy raczej w głowie pojawia się myśl: „człowieku, z czym do ludzi”?

M.R.: Oczywiście, że boli. Jakiś ksiądz, który został wyklęty przez swój zakon, jednak odprawia msze i transmituje to w internecie. Wypowiedział się o mnie i o Beacie Kozidrak,

nazywając nas dwiema spróchniałymi matronami. Jest to dla mnie zabawne, ale z drugiej

strony nie jest to miłe.

M.W.: Marylo, a śledzisz popularność swoich piosenek w serwisach streamingowych? Wiesz co w tym momencie jest najpopularniejsze w streamingu?

MR: Ja nie śledzę, ale moi fani mi donoszą, że chyba „Sing Sing”. Tak?

M.W.: Sprawdziłem bieżące notowanie. W tym miesiącu Twoje piosenki na Spotify odsłuchano ponad 150 tysięcy razy. Wynik imponujący. A top 5 to: „W sumie nie jest źle”, „Sing Sing”, „Pełnia” z Donatanem, „Niech żyje bal” i „Ludzkie gadanie”. Podsumowując, trzy na pięć utworów to teksty Agnieszki Osieckiej. Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

M.R.: Bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich.

Rozmawiał: Marcin Wolniak

Marcin Wolniak – dziennikarz radiowy i prasowy, songwriter, na stałe współpracuje z Polskim Radiem Londyn i tygodnikiem Cooltura, absolwent dziennikarstwa  na Uniwersytecie Opolskim, autor cyklu „Marcin Śpiewa z Gwiazdami”, w którym przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, miłośnik Oscarów i Konkursu Piosenki Eurowizji.

foto: Czesław Czapliński / Fotonova

Marcin Wolniak: Twórczość Agnieszki Osieckiej cieszy się od lat ogromną popularnością. Kolejne pokolenia odkrywają te piosenki, ale po premierze serialu „Osiecka” wzrasta także zainteresowanie życiem prywatnym poetki. Jej perypetiami i przygodami. Marylo, czy oglądając ten serial znajdujesz w nim prawdę o swojej przyjaciółce?

Maryla Rodowicz: Częściowo. Nie wszystko mi się podoba. Na przykład, nie było takiego chlania wódki. Owszem piło się, ale w serialu jest to pokazane przesadnie. W każdym odcinku pije się wódkę. Wszystko jedno czy Agnieszka jest w ciąży, czy nie jest w ciąży, czy jest dzień, czy noc – pije wódkę. Tak nie było. To jest krzywdzące.

M.W.: A wybór obsady? Przypomnę tylko, że Osiecką zagrały aż dwie aktorki – Eliza Rycembel i Magdalena Popławska.

M.R.: Eliza mi się bardzo podobała. To jest zadziorna i ładna dziewczyna. W mojej opinii Agnieszka była piękną kobietą, ale nie chcę tutaj krzywdzić tej drugiej aktorki. Muszę przyznać, że gdy oglądam odcinki serialu „Osiecka”, to się bardzo wzruszam. Niezależnie czy aktorka jest bardziej, czy mniej podobna. Ja cały czas tam widzę Agnieszkę i naprawdę wzruszam się do łez. Agnieszka to jest jedyna osoba, której mi brakuje.

M.W.: Zauważyłem, że gdy pojawiasz się na festiwalach opolskich, śpiewając piosenki z tekstem Agnieszki Osieckiej, to wzruszenie ściska za gardło. Chociażby podczas śpiewania „Niech żyje bal”…

M.R.: Tam jest taki tekst, że mam z tym problem. Wzruszam się śpiewając „Niech żyje bal”. A podobno wzruszać się ma widz, a nie artysta na scenie. Niestety mnie to rozwala. Jedyny sposób to nie myśleć o tekście. Z drugiej strony, gdy się nie myśli o tekście, to nie jest on prawdziwy.

M.W.: Powróćmy jeszcze do tematu serialu, ale w kontekście postaci Maryli Rodowicz. W tę postać wcieliła się Karolina Piechota. Powiem szczerze, że oglądając inne postacie z serialu, jak Kalina Jędrusik, Barbara Krafftówna czy Krystyna Sienkiewicz, mam wrażenie, że wybory obsadowe były trafniejsze. Ta Maryla z serialu jest trochę zbyt sztuczna, trochę jej za mało – na 11 znanych już odcinków, pojawia się zaledwie przez pół odcinka.

M.R.: Oczywiście, że wolałabym, żeby Maryli Rodowicz było więcej. Znałyśmy się z Agnieszką, w dodatku bardzo blisko, ponad 20 lat. Zwłaszcza w latach 70., gdy jeszcze nie miałam dzieci, spędzałyśmy ze sobą prawie wszystkie dni. Widywałyśmy się praktycznie codziennie. Mnóstwo razem przeżyłyśmy – wypadek samochodowy na Mazurach, wycieczki do Bułgarii, przeróżne, niesamowite spotkania. Tego w serialu nie ma. Żal mi, że to jest niepełna postać i opowieść, ale cóż ja mogę zrobić? Nic.

M.W.: À propos wycieczek do Bułgarii. Przeglądając różne archiwa i wywiady z Agnieszką, natrafiłem na historię o niedźwiedzicy chodzącej po rozżarzonych węglach. Podobno, żeby ją zobaczyć, ludzie zjeżdżali się z całej Europy, a ty jej nie zauważyłaś podczas imprezy. Która z tych szalonych, zabawnych przygód z Agnieszką najbardziej utkwiła Ci w głowie?

M.R.: Pewnego razu Agnieszka czekała na mnie na lotnisku w Sofii z butelką różowego, rosyjskiego szampana. Przyleciałam do Bułgarii wczesną wiosną i miałam tam nagrywać program telewizyjny. Agnieszka otworzyła tego szampana, napiłyśmy się po łyku i wsiadłyśmy do taksówki. W drodze do hotelu taksówkarz powiedział, żebyśmy dały mu się napić tego szampana. Gdy podjechałyśmy pod hotel, wykończyłyśmy tę butelkę z bułgarskim taksówkarzem. Czule się pożegnaliśmy i odjechał w siną dal. Szybko się zorientowałam, że w taksówce zostały moje walizki z kostiumami. Była wówczas wielka zawierucha, ponieważ szukałyśmy po wszystkich bazach taksówkarskich tego naszego upojnego kierowcy. W końcu wszystko się dobrze skończyło.

M.W.: W 2011 roku ukazała się na rynku Twoja płyta „Buty 2”, z nowymi, nieodkrytymi wcześniej tekstami Osieckiej. Czy jest szansa, że takich nieodkrytych tekstów jest więcej? Czy są jeszcze jakieś pudła, czy kartony do przejrzenia?

M.R.: Są, ja to trochę odwlekam, ponieważ gdy czegoś szukam, jestem bardzo skrupulatna. Biorę wtedy każdy papierek do ręki. Dzieci mnie cały czas pytają, kiedy w końcu zrobię porządki w archiwum. Ja im mówię, że muszę pojechać po kartony do Ikei. One natomiast mi odpowiadają, że przecież mogę to kupić w internecie. Tu mnie załatwiły. Rzeczywiście, wybieram się po te kartony już tak na serio. Gdy je kupię, to się zagłębię do tych nieodkrytych pudeł.

M.W.: W jednym z wywiadów z Agnieszką padło takie zdanie, że ona była bardzo o przyjaźń z Marylą zazdrosna. W czym ta zazdrość się przejawiała? Agnieszka była zaborczą przyjaciółką?

M.R.: Agnieszka nie była zaborcza, ale ja byłam zazdrosna o Agnieszkę. Ona zawsze musiała gdzieś pędzić, gdzieś jechać, gdzieś lecieć. Nagle mówiła na przykład: „Jadę do Pani Ziuty do Bielska”. Gdy urodziło się moje drugie dziecko, moja córka, w 1982 roku, Agnieszka napisała mi taką kartkę: „to już są dwie osoby, które będziesz kochać bardziej ode mnie”.

M.W.: Są w historii muzyki takie duety artysta-twórca, które się ze sobą mocno łączą i właściwie w tym połączeniu powstają rzeczy najlepsze i najpopularniejsze. Dla Maryli Rodowicz pisali przecież także Magda Czapińska, Andrzej Sikorowski, Jacek Cygan czy Andrzej Poniedzielski. Czy przy powstawaniu nowych płyt, już po śmierci Agnieszki Osieckiej, brak możliwości sięgnięcia po jej talent był szczególnie odczuwalny?

M.R.: Absolutnie tak. Nie ma takiej drugiej osoby i takiej drugiej poetki jak Agnieszka. Ona z jednej strony była poetką, ale z drugiej strony była bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Miała to w małym palcu. Kiedyś opowiadała o tym, jak się pisze taki tekst. Mówiła, że najpierw trzeba wypisać męskie rymy, czyli takie jednosylabowe, np. „żal – bal”. Gdy takie rymy się napisze, to później jest już łatwiej. Ona była naprawdę wyjątkowa.

M.W.: Agnieszka stwierdziła kiedyś, że piosenka „Nie ma jak pompa” jest jedną z najdoskonalszych piosenek przez nią napisanych. Czy ta piosenka jest także szczególnie bliska Maryli Rodowicz? Po latach pojawiła się w nowej wersji, na płycie „Życie ładna rzecz”.

M.R.: Agnieszka powiedziała, że ta piosenka była dla niej bardzo trudna do napisania. To jest skomponowane przez Jacka Mikułę w stylu jakiejś arii operowej. Tam się zmieniają nagle całe fragmenty, zmienia się rytm. Mówiąc szczerze, to ja mam zawsze problemy z zapamiętaniem tekstu. Tam jest bardzo dużo tekstu. Rozumiem Seweryna Krajewskiego, który mi powiedział kiedyś, że nie cierpi śpiewać piosenki „Nie spoczniemy”. Stwierdził, że nigdy nie wie, którą zwrotkę ma śpiewać.

M.W.: To chyba moja ulubiona piosenka Seweryna Krajewskiego.

M.R.: Tak, uwielbiam ją także. Moja ulubiona to jednak „Uciekaj moje serce” z serialu „Jan Serce”.

M.W.: Ostatnio głośno było w mediach o zażegnanym konflikcie na linii Rodowicz-Kozidrak. Wszystko za sprawą Dody, podczas Sylwestra Polsatu. To był piękny obrazek, żeby zobaczyć Was razem na scenie, ale doszedłem do wniosku, że ten konflikt był raczej rozdmuchiwany przez media. A jak było z tym konfliktem z Urszulą Sipińską w latach 70.? Podczas festiwalu opolskiego 1977, w trakcie koncertu „Nastroje, nas Troje”, pobiłyście się na scenie. To było dla żartu, czy rywalizacja na serio?

M.R.: Trochę tak, trochę tak. Mnie dosyć zdenerwowało to, że Urszula nie przychodziła na próby. Ktoś mi doniósł, że ona w wynajętej sali, wraz ze swoimi chórzystkami, próbuje robić kroczki, które ja robiłam w piosenkach „Nie ma jak pompa” czy „Damą być”. I faktycznie w trakcie koncertu zobaczyłam ją, że wychodzi ze swoimi chórzystkami ubranymi na biało. Ja z moimi chórzystkami byłam z kolei ubrana na czarno. Namówiłam więc moje chórzystki, żebyśmy stanęły za Urszulą i jej chórzystkami i zaczęły je małpować. A za nami stanęli Młynarski, Kofta i Gołas małpując nas. Publiczność miała ogromną zabawę. Koncert był tak zaaranżowany, że wszyscy artyści siedzieli na scenie, a na stołach leżały owoce i warzywa. Po skończonej piosence Urszula zdjęła swój kapelusz i zaczęła mnie nim okładać. Więc zdjęłam też swój kapelusz i zaczęła się wojna na kapelusze. Niestety Sipińskiej pękł rękaw w sukience, odpruł się. Wtedy wzięła jakąś truskawkę lub wiśnię i rzuciła w moją stronę. Po chwili już wszyscy obrzucali się owocami i warzywami.

M.W.: To była rywalizacja z lat 70., a jakie były kulisty tego Sylwestrowego występu?

M.R.: Doda mnie wyciągnęła na scenę podczas występu Beaty Kozidrak. Opierałam się, ponieważ bałam się, że zepsuję Beacie występ. W końcu była to telewizja na żywo. Wyszło to bardzo spontanicznie. Beata wzruszyła się do łez. Zaczęłyśmy się obejmować, a ja z rozpędu pocałowałam ją w rękę. Ludzie mieli niezłe widowisko.

M.W.: Ten obrazek z pewnością przejdzie do historii, w końcu mowa tu o wokalistkach z ogromnym dorobkiem artystycznym. Chciałem jednak wrócić teraz do koncertu, który już przeszedł do historii. Wielu twierdzi, że to najlepszy koncert w historii opolskich festiwali. Mówię tu o „Zielono mi” z 1997 roku. Wieczór w hołdzie Agnieszki Osieckiej. Ta atmosfera się już raczej nigdy nie powtórzy, ale gdyby dziś padł taki pomysł, żeby raz jeszcze wrócić do piosenek Osieckiej w Opolu, zgodziłabyś się wziąć udział?

M.R.: Tak. Oczywiście, że tak. Tylko dlatego, że to Agnieszka i jej teksty. Jej się należy taki hołd. Nawet nieustający. Tyle że tamten koncert w 1997 roku był realizowany trzy miesiące po jej śmierci. Agnieszka umarła w marcu, a koncert był w czerwcu. Wszyscy byli bardzo wzruszeni i to wzruszenie udzieliło się publiczności. Tego się nie da powtórzyć, ponieważ to była wyjątkowa sytuacja.

M.W.: Czy po tylu latach na scenie, po tylu latach w branży muzycznej i tylu przebojach na koncie krytyka jest wciąż bolesna? Gdy pierwszy lepszy ksiądz mówi głośno jakieś obraźliwe słowa. To boli? Czy raczej w głowie pojawia się myśl: „człowieku, z czym do ludzi”?

M.R.: Oczywiście, że boli. Jakiś ksiądz, który został wyklęty przez swój zakon, jednak odprawia msze i transmituje to w internecie. Wypowiedział się o mnie i o Beacie Kozidrak,

nazywając nas dwiema spróchniałymi matronami. Jest to dla mnie zabawne, ale z drugiej

strony nie jest to miłe.

M.W.: Marylo, a śledzisz popularność swoich piosenek w serwisach streamingowych? Wiesz co w tym momencie jest najpopularniejsze w streamingu?

MR: Ja nie śledzę, ale moi fani mi donoszą, że chyba „Sing Sing”. Tak?

M.W.: Sprawdziłem bieżące notowanie. W tym miesiącu Twoje piosenki na Spotify odsłuchano ponad 150 tysięcy razy. Wynik imponujący. A top 5 to: „W sumie nie jest źle”, „Sing Sing”, „Pełnia” z Donatanem, „Niech żyje bal” i „Ludzkie gadanie”. Podsumowując, trzy na pięć utworów to teksty Agnieszki Osieckiej. Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

M.R.: Bardzo dziękuję i pozdrawiam wszystkich.

Rozmawiał: Marcin Wolniak

Marcin Wolniak – dziennikarz radiowy i prasowy, songwriter, na stałe współpracuje z Polskim Radiem Londyn i tygodnikiem Cooltura, absolwent dziennikarstwa  na Uniwersytecie Opolskim, autor cyklu „Marcin Śpiewa z Gwiazdami”, w którym przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiej sceny muzycznej, miłośnik Oscarów i Konkursu Piosenki Eurowizji.

Reklama
152 views